Czy demokracja jest niemoralna?


Działy   Wyszukaj

Krytyka demokracji ma w kulturze europejskiej długą tradycję. Pierwszy bodaj moralny i teoretyczny sprzeciw wobec niej wiązał się ze sławetnym, a tragicznym procesem Sokratesa w demokratycznych Atenach. Podstawowe, powtarzające się na przestrzeni wieków, punkty owej krytyki można, jak sądzę, streścić tak: nie posiada ona w sobie jakichkolwiek mechanizmów, które gwarantowałyby, że do władzy nie dojdą ludzie niezdolni do jej sprawowania, nieodpowiedzialni, niekompetentni czy wręcz podli i wyrachowani. Co więcej, takich właśnie ludzi ona promuje — o ile tylko posiadają zdolność (i techniczne możliwości) panowania nad nieskomplikowanymi emocjami tłumu i emocji tych wykorzystywania do własnych, egoistycznych i niskich, celów. Albowiem moralnie upośledzony i intelektualnie nie dość rozwinięty tłum, takich właśnie, podobnych sobie, łotrów i demagogów jest skłonny popierać — sam bowiem myśli brzuchem i nie jest w stanie wyjść poza własne, małe interesy i ambicje.

W demokracji jest więc (jakkolwiek obco to dla dzisiejszego ucha brzmi) coś zasadniczo amoralnego, z trudnością tylko akceptowalnego dla podmiotów obdarzonych elementarną wrażliwością etyczną. Wydaje się ona po prostu rażąco niesprawiedliwa, jednako traktując tych, którzy w żadnej mierze i pod żadnym względem równi nie są. Ludzie prawi, wykształceni, utalentowani, obdarzeni poczuciem honoru i odpowiedzialności, tyle samo znaczą i tyle samo w niej mogą (w teorii tylko, a w praktyce przecież znacznie mniej) co ciemny lud, kryminaliści, bezideowi awanturnicy i cyniczni spryciarze. Opiera się ona bowiem — i to wada jej antropologicznych i filozoficznych podstaw — na błędnej przesłance o równości ludzi. Równość polityczna (będąca formą zastępczego zaspokojenia ekonomicznych roszczeń mas) zostaje rozciągnięta na poziom ontologiczny: ludzie są równi sobie jako tacy, z natury, a więc we wszystkim czym są i co mogą. Przeczy to wprawdzie jaskrawo naszemu elementarnemu doświadczeniu, podług którego jednostki są nie tylko różne, ale też różnowartościowe: istoty ludzkie nie są ani równie piękne, ani równie mądre ani równie uzdolnione czy pracowite, ani, tym bardziej, w jednakim stopniu moralnie dobre. Ludzka głupota i zło stanowią codzienną treść naszego doświadczenia — a mimo to, owym złym i głupim, przypisujemy pełnię praw. Dlaczego? Być może dlatego, iż „zaczadzeni" jesteśmy jakby ideologicznym postulatem równości, traktujemy ją jako wartość samoistną i niedyskutowalną, nie wymagającą żadnych dodatkowych uzasadnień czy jakiejkolwiek krytycznej analizy. Nie widzimy — bo nie chcemy widzieć, nie mając na ustrój lepszego pomysłu — że demokracja jest nie tylko politycznie nieefektywna oraz moralnie ułomna, ale też kulturowo szkodliwa. Za postulatem równości skrywa się bowiem mechanizm „równania w dół", godzącej w jednostki najwartościowsze standaryzacji i uniformizacji. Jako że typy intelektualnie przeciętne, jeśli nie wręcz słabe, stanowią zdecydowaną większość w społeczeństwie, to „pod nie" właśnie ustawione zostają oświata, kultura, o świecie mediów nawet już nie wspominając. W taki sposób mizeria staje się normą, a kultura „wypłyca się", kostnieje i obumiera, jako że kulturowy rozwój stymulują przecież wyłącznie jednostki ponadprzeciętne, wybitne, a te — nie schlebiając ni opiniom, ni gustom mas — nie mają lekkiego życia w demokracji.

Nie oszukamy jednak naszego czasu, nie zawrócimy też jego biegu: z demokracją należy się więc zapewne pogodzić, bo — i w tym bodaj największa jej siła — wszystkie inne opcje wydają się nam dzisiaj zdecydowanie gorsze niż ona sama. Nie mamy po prostu lepszego pomysłu na organizację życia zbiorowego wielkich, współczesnych społeczeństw, skoro uporczywie i bezwzględnie wdrażane w XX wieku polityczne utopie tak okrutnie nas zwiodły i zawiodły.


Zapewne więc nie pozostaje nam nic innego niż porządku demokratycznego bronić, choć coraz wyraźniej widzimy, iż wiedzie on nas do ostatecznej katastrofy, bo pozwala wrogom cywilizacji europejskiej powoli, acz nieuchronnie ją niszczyć. Póki jednak niepokój i wojna nie spadły na naszą krainę możemy też zostać eremitami, i w zaciszu swych pustelni — jednako odlegli zarówno od histerycznych, pozbawionych jakby pamięci kulturowej demokratów, jak i groźnych, zaślepionych fundamentalistów — oddać się rozkosznemu wspominaniu tego, co w kulturze europejskiej było nam najbliższe i najcenniejsze. Rozkoszy tych wspomnień nikt i nic nam nie odbierze, nawet gdy Europy takiej, jaką znamy już nie będzie.

Data publikacji: 31-01-2016

<- Wróć do działu
Do góry