O tym jak nie wychowywać ni dzieci, ni narodów


Działy   Wyszukaj

Co dzieje się z dzieckiem, gdy wciąż piętnuje się jego — rzeczywiste lub tylko domniemane — złe cechy charakteru, poświadczone rzekomo przez naganne uczynki z przeszłości? Gdy wmawia mu się, że jest nieudane i słabe, o czym świadczyć mają wszystkie jego dotychczasowe błędy, niepowodzenia i życiowe potknięcia? Że zatem przeszłość jego w całości jest żenująca, a ułomna jego natura przesądza również i o tym, że nie powinno ono podejmować jakichkolwiek ważkich — a zatem wymagających samodzielnego myślenia i psychicznej krzepy — działań w przyszłości (niech się lepiej w tej materii zda na innych, lepszych od siebie)? Gdy powtarza mu się, niby w duchu szczerości i imię niezafałszowanego samopoznania, że jest nic nie jest warte, bo brak mu talentów, w imię których warto by mu było podjąć niemały trud stawania się sobą?



Czy wyrośnie dzięki takim „pedagogicznym" zabiegom jednostka silna i samoświadoma, gotowa do podejmowania wyzwań i zmagania się z trudnościami, jakie niesie życie? Cóż, odpowiemy, to oczywiste przecież, od paru już dekad dobrze wiemy — i nie trzeba być do tego wcale wielkim intelektualistą czy dyplomowanym psychologiem — jakie są skutki takiej (anty)pedagogiki (dlatego nikt zdrowy na umyśle jej już dzisiaj nie stosuje, chyba tylko jakiś głupiec czy sadysta): albo wychowamy zablokowanego emocjonalnie depresanta, zakompleksionego, pełnego resentymentu i niezdolnego de facto do samodzielnego życia, pogrążonego beznadziejnie w apatii oraz lęku przed światem i samym sobą, względnie w kompensacyjnych fantazjach o własnej, nigdy nie ziszczonej wielkości; albo też stworzymy potwora, który lata wzgardy i poniżenia, przekuje w końcu w bezwzględność i agresję, by pokazać wszem i wobec, że jednak jest pełen siły i odwagi. Najpierw siłę tę pokaże na podwórku, w stosunku do słabszych od siebie — żeby wśród nich przynajmniej zdobyć mir i szacunek — ale z czasem brutalność swą skieruje zapewne bezpośrednio przeciw swym psychicznym oprawcom, chcąc również i im pokazać, iż się mylili, a jednocześnie ukarać ich za lata psychicznych udręk.

Podług podobnego mechanizmu zachowa się dręczony i upokarzany przez swą kobietę mężczyzna (lub odwrotnie), poszukując kompensacyjnie potwierdzenia swojego zrujnowanego poczucia wartości w objęciach jakiejś młodej, nadobnej niewiasty, albo też zdrowo „przyłoży" w końcu swojej oprawczyni, by postawić tamę, wylewającemu się bez ustanku z jej ust potokowi „krytycznych", a w istocie po prostu obraźliwych uwag. Z całą pewnością na skutek tychże obelg mąż się nie „poprawi" i nie „zmieni", w każdym razie nie na lepsze. Przeciwnie: podświadomie będzie postępował coraz to gorzej w myśl zasady: „skoro i tak obrywam, to niech będzie przynajmniej wiadomo za co...". Tak oto działa nasza psychika zarówno ta indywidualna, jak i zbiorowa. No właśnie — zbiorowa...

Spoglądam z okien wrocławskiego Instytutu Dziennikarstwa na spowite mgiełką, nieprzejrzyste niczym życie samo, odrzańskiej wody i zastanawiam się skąd wzięło się dziwaczne przekonanie, iż to, co tak toksyczne dla jednostki, okaże się jednak zbawienne dla społeczności, a ściśle biorąc — narodu, naszego polskiego narodu. Że więc jeśli będziemy go nieustannie strofować i krytykować, wyrośnie zeń coś znacznie lepszego niż to, czym był kiedyś i czym stał się dziś. Że jeśli wciąż będziemy okazywać niezadowolenie z faktu, że jest inny, toporny, głupi, nie dość nowoczesny, nie dość europejski, nie dość „trendy", że nie znajduje się — w żadnym razie! — w awangardzie światowych przemian społecznych i kulturowych, to wówczas przyjmie on w końcu z entuzjazmem prawdę o własnej nędzy i chętnie skoryguje swą antypatyczną tożsamość. Że gdy przedstawimy mu nawet jego szlachetne postępki jako skrywające w swym podglebiu jakąś podłość, na pewno moralnie się on uwzniośli, a równocześnie tak spokornieje, by nikomu żadnej więcej krzywdy nie uczynić. Że zatem się „poprawi", „zmieni" i „zmądrzeje" — i będzie już fajny... Otóż, drodzy Państwo, nic podobnego się nie stanie — głową ręczę. Gorzej jeszcze — będzie on postępował na przekór, jeśli tylko choć odrobinę siły indywidualności w nim pozostało — a nie wątpię, że pozostało i to całkiem sporo. Z narodem bowiem trzeba postępować jak z dzieckiem: musimy w niego wierzyć przede wszystkim. Trzeba podkreślać to, co mu się udało, a jeśli przypominać porażki to tylko po to, by uniknąć podobnych w przyszłości — a nie żeby upokorzyć, wyśmiać, uczynić nienawistnym. Trzeba mądrze i delikatnie sugerować mu korzystne zmiany (o ile faktycznie wiemy, jakie zmiany są korzystne!), ale też być gotowym zaakceptować go takim, jakim jest. Należy być wobec niego lojalnym i okazywać mu zaufanie raczej niż małoduszną podejrzliwość. Trzeba go kochać po prostu — a miłość obywa się bez „dlaczego", bez „pod warunkiem". Bo jeśli nie kochamy, to i tak szlag trafi wszystkie nasze pedagogiczne zabiegi i stracimy go na długo. A może już na zawsze.

Data publikacji: 24-01-2016

<- Wróć do działu
Do góry