Jednostka jest tylko atomem


Działy   Wyszukaj

Buszuję ostatnimi czasy po najróżniejszych pismach z zakresu teorii i filozofii polityki. Nie zajmowały mnie te sprawy dotąd prawie wcale, bo zakładałem, że prawdziwe życie rozgrywa się w głębiach w duszy, a od zewnętrzności i jej marnych, małych spraw można i trzeba odwrócić się ze wzgardą, jeśli zaznać się chce choć odrobiny spokoju — a na tym akurat zawsze mi zależało. Innymi słowy — bios lethe, żyj w ukryciu, jak radził mądry i ceniący nade wszystko dobrostan Epikur. Dziś jednak widzę, że nie do końca to możliwe, a też i nie do końca chyba stosowne, nawet dla „oderwanego" filozofa; że jednak trzeba się pochylić nad społecznym żywiołem, tym bardziej, iż spór dotyczy wartości naczelnych, dla życia społecznego fundamentalnych.

Zagłębiam się więc w owe teoretyczne rozważania, bo próbuje wyjaśnić sobie — jak wielu innych rodaków — co właściwie wokół się dzieje, skąd wrzawa i poruszenie, i niepokoje, i nerwy, które drżeniem przebiegają przez naród nasz cały, jak kraj długi i szeroki. Te fale i spazmy dotykają bowiem także mnie. I w trakcie swych intelektualnych peregrynacji, natrafiłem na takie oto frapujące słowa wybitnego krakowskiego uczonego Stanisława Estreichera: „Społeczeństwo ma cel bytu metafizyczny, do którego zbliża się pracą żywych i umarłych, dzisiejszych i przed wiekami bytujących pokoleń; nie jest też wspólnotą jednego tylko pokolenia, lecz jest całością poprzez wieki trwającą. Jednostka jest tylko jego atomem, nie może się z niego wyłamać, ale też nie może być z niego sztucznie wyłączona".

Społeczeństwo ma zatem cel metafizyczny — ale cóż to znaczy? Chyba to najpierw, że nikt nikogo z narodu wykluczyć nie może, choćby i chciał — ani KODowcy prawicowców, ani też na odwrót, by przykładów daleko nie szukać. Spajają go bowiem więzi znacznie silniejsze niż doraźne „chcenia i niechcenia" takich czy innych polityków. Ba! Nawet samemu się z polskości „wypisać" nie można — tak jak i nikt nas o zdanie nie pytał czy w niej właśnie urodzić się chcemy i czy w polszczyźnie po raz pierwszy wyznawać pragniemy miłość lub trwogę. Takie już nasze przeznaczenie — a z nim walczą tylko głupcy, bo przecież wiadomo, że i tak zaciągnie nas ono tam gdzie chce. Być może faktycznie polskość to Krzyż Pański — ale Krzyż nieść trzeba bez szemrania.

Nie jest więc na pewno tak, że w społeczeństwie chodzi tylko o wspólne dorabianie się, że taki jego cel, żeby razem „robić" pieniądze i robić ich jak najwięcej, łupiąc przy okazji jedni drugich jak się da. Że zatem idzie po prostu o bogacenie się, by w jego efekcie urzeczywistnić największą możliwą ilość swobodnych konsumenckich wyborów, w myśl zasady, że życie to przecież najpierw ekonomia, a później rozkosz konsumpcji. Nie o to chodzi? No to o co?


Zdaniem krakowskiego myśliciela (który żywota dokonał w Sachsenhausen, bo zbyt niebezpiecznym dla swych „nowych porządków" uznali hitlerowcy siedemdziesięcioletniego profesora) naród jest „całością przez wieki trwającą", dzięki pracy „żywych i umarłych". Dokąd owa całość zmierza — tego nie wiemy dokładnie i pewnie nigdy wiedzieć nie będziemy, bo cele metafizyczne niestety niechętnie się przed nami odsłaniają. Próbując jednak odpowiedzieć na pytanie o to, na czym winno polegać życie narodu spróbujmy wyobrazić sobie, czego pragnęliby dla nas nasi...nie, nie rodzice nawet, ale dziadowie, pradziadowie i prapradziadowie. Jakimi żyli wartościami, co było dla nich ważne i co chcieliby nam przekazać, czego nauczyć — gdyby mogli. Ktoś powie, że w innych zupełnie żyli czasach i dziś już ich nie ma, i odmienna całkiem nastała rzeczywistość, a zatem wyobrażanie sobie takie nie ma za grosz sensu. A jednak oni w tajemniczy sposób w nas są — odpowiem. Nie tylko w naszym wyglądzie, temperamencie, zdolnościach, któreśmy po nich odziedziczyli — choć to też oczywiście. Żyją również w języku, zwyczajach, wrażliwości, pejzażu, kształtowanym pracą ich rąk, w zapachu starych domów, nieotwieranych dawno szaf i zakurzonych książek, z którymi nie wiemy często co zrobić. W pożółkłych fotografiach i dokumentach, w porcelanie i łańcuszku po babci, we wspomnieniu wczesnym, w opowieści rodzinnej. Ale też w katedrach, uniwersyteckich gmachach i bibliotekach. To właśnie ich krainy, ich królestwo metafizyczne, nieuchwytne, choć ciągle obecne i realne, któremu winniśmy pamięć i szacunek — bo kto nie okazuje szacunku zmarłym, nie ma respektu przed duchem narodu, to płytki człowiek i nie godzien zaufania towarzysz. My także kiedyś do tego królestwa wkroczymy, dołączając do naszych antenatów. Czy przekażemy swoim dzieciom i wnukom tę babciną chustę i dziadkowy zegarek, i opowieść o nich, legendę o tym, co dawne? Jeśli tak, jeśli nie wyrzucimy tego wszystkiego na śmietnik jako starych i niepotrzebnych „rupieci", znaczy to, iż uznajemy moc tradycji i nasze zobowiązanie względem niej, także takie, że winna być ona glebą wszelkiej polityki i moralności. Jeśli nie — to odetniemy od kulturowych korzeni nie tylko siebie, ale i naszych potomków, skazując ich tym samym na bezładny dryf w duchowej pustce. Gorzki jej posmak czują ci, których wiatr historii zagnał do Wrocławia czy w ogóle na Ziemie Zachodnie, gdzie tworzyć dopiero muszą w mozole i wcielać poprzez pracę własnego ducha, pośród poniemieckich, często pięknych — ale z konieczności obcych — pamiątek. Tak, oczywiście, można żyć bez tradycji — i nawet pewnie dobrze się bawić — ale nie skazujmy na to następnych pokoleń. Nie eksperymentujmy ich kosztem i nie wtrącajmy w duchowe ubóstwo, odmawiając spadku, który im się przecież słusznie należy.

Data publikacji: 21-01-2016

<- Wróć do działu
Do góry