Wojna z grzechem


Działy   Wyszukaj

W Stanach Zjednoczonych, jak i w znacznej części świata, nielegalne jest obecnie poszukiwanie pewnych rodzajów doświadczania przyjemności. Poszukuj przyjemności przy użyciu zakazanych środków, choćby nawet w zaciszu własnego domu, a mężczyźni z bronią mogą ci kopniakami roztrzaskać drzwi i wsadzić cię do więzienia. Jedną z najbardziej zadziwiających rzeczy w związku z tą sytuacją jest fakt, że większość z nas w ogóle nie jest tym zdziwiona. Tak jak w większości snów — wydaje się, że ta sama zdolność rozumowania, która w innych przypadkach zwróciłaby uwagę na dziwność tych wydarzeń, teraz poszła spać. Zachowania takie jak używanie narkotyków, prostytucja, stosunki analne i oglądanie nieprzyzwoitych materiałów zostały zaklasyfikowane jako „przestępstwa bez ofiar". Oczywiście społeczeństwo jest konkretną ofiarą niemal wszystkiego, co ludzie robią — od hałasu po wytwarzanie odpadów chemicznych — jednak uznaliśmy, że w pewnych granicach nie są to czynności przestępcze. Wyznaczanie takich granic pozostaje niezmiennie kwestią oceny ryzyka. Można by utrzymywać, iż nie da się wykluczyć, że pewne czynności wykonywane prywatnie za zamkniętymi drzwiami, na przykład oglądanie pornografii pełnej brutalnego seksu, mogłyby skłaniać ludzi do popełniania prawdziwych przestępstw . Istnieje zatem napięcie pomiędzy prywatną wolnością a publicznym ryzykiem. Gdyby istniał narkotyk, książka lub film, albo pozycja seksualna, które doprowadzałyby do tego, że 90 proc. ich użytkowników wybiegłoby na ulicę i zaczęło zabijać ludzi na chybił trafił, to zagadnienia prywatnej przyjemności ustąpiłyby miejsca obawom o bezpieczeństwo publiczne. Możemy także się zgodzić, że nikt nie ma ochoty przyglądać się, jak całe pokolenia dzieci wyrastają na stałej diecie z metamfetaminy i Markiza de Sade. Społeczeństwo jako całość ma interes w tym, jak rozwijają się jego dzieci, a prywatne zachowania rodziców, wraz z treścią mediów, wyraźnie odgrywają tu rolę. Musimy sobie jednak zadać pytanie, dlaczego ktokolwiek miałby chcieć karać ludzi za angażowanie się w zachowanie, które nikomu nie przynosi znaczącego ryzyka ani szkody? W pojęciu przestępstwa bez ofiar tak naprawdę zdumiewające jest to, że nawet wtedy, gdy zachowanie, o którym mowa, rzeczywiście nie powoduje żadnych ofiar, to jego przestępczy charakter i tak jest nadal głoszony przez tych, którzy są chętni je karać. To właśnie w takich przypadkach ujawnia się prawdziwy duch skrywający się za wieloma z naszych przepisów prawnych. Idea przestępstwa bez ofiar to nic innego, jak sądownicza powtórka z chrześcijańskiego pojęcia grzechu.

To nie przypadek, że ludzie wiary często chcą ograniczać prywatną wolność innych ludzi. Ten odruch ma mniej wspólnego z historią religii, a więcej z jej logiką, bo sama idea prywatności jest niezgodna z istnieniem Boga. Jeśli Bóg widzi i wie wszystko, pozostając istotą tak zaściankową, że gorszą go pewne zachowania seksualne lub stany umysłu, wtedy to, co ludzie robią w zaciszu swoich domów — mimo że to może nie mieć najmniejszych konsekwencji dla ich publicznych zachowań — dla ludzi wiary będzie nadal zagadnieniem interesu społecznego.

Widać, że skupiają się tu rozmaite religijne pojęcia przestępstwa - szczególnie zainteresowanie seksualnością nieprokreacyjną oraz bałwochwalstwem - i wydaje się, że wielu z nas dają one poczucie, że w zgodzie z etyką stoi karanie ludzi, często srogo, za angażowanie się w prywatne zachowanie, które nikomu nie wyrządza krzywdy. Podobnie jak w większości kosztownych przykładów irracjonalności, której ludzkie szczęście daje się ślepo podporządkowywać i niszczyć już od wielu pokoleń, rola religii jest tu zarówno wyraźna, jak i fundamentalna. By ujrzeć, że nasze prawa przeciwko „występkowi" nie mają w rzeczywistości nic wspólnego z ustrzeżeniem ludzi przed fizyczną lub psychologiczną krzywdą — a chodzi w nich wyłącznie o to, by nie rozgniewać Boga — wystarczy tylko wziąć pod uwagę fakt, że seks oralny lub analny pomiędzy dorosłymi osobami świadomymi swych czynów pozostaje przestępstwem kryminalnym w trzynastu stanach. Cztery z tych stanów (Teksas, Kansas, Oklahoma i Missouri) zabraniają tych czynności parom tej samej płci, a zatem faktycznie zabraniają homoseksualizmu. Pozostałe dziewięć zakazuje dobrowolnego seksu analnego wszystkim (te oazy sprawiedliwości to Alabama, Floryda, Idaho, Luizjana, Missisipi, Północna Karolina, Południowa Karolina, Utah i Wirginia). Nie trzeba być specjalistą od demografii, żeby zdać sobie sprawę, że chęć karania świadomych swych czynów osób dorosłych za nieprokreacyjne zachowania seksualne wykazuje dość silną korelację z wiarą religijną.


Niniejszy tekst jest fragmentem książki Sama Harrisa — Koniec wiary. Religia, terror i przyszłość rozumu, wydanej w Polsce pod patronatem portalu Racjonalista.

Za wpływ wiary na przepisy naszego prawa karnego przychodzi nam płacić szczególną cenę. Rozważmy przypadek narkotyków. Tak się składa, że istnieje sporo substancji — wiele z nich występujących w sposób naturalny — których przyjmowanie prowadzi do przejściowych stanów niezmiernej przyjemności. Jest prawdą, że czasem prowadzą one również do przejściowych stanów nieszczęścia, lecz nie ma wątpliwości, że normą jest tu przyjemność, w przeciwnym razie ludzie nie odczuwaliby ciągłego pragnienia zażywania tych środków już od tysięcy lat. Oczywiście, to nic innego jak właśnie przyjemność stanowi problem związany z tymi substancjami, gdyż przyjemność i pobożność od zawsze pozostają w niełatwym związku.

Jeśli spojrzymy na nasze przepisy prawne dotyczące narkotyków - a tak naprawdę na wszystkie przepisy dotyczące nierządu, pornografii, narkotyków i hazardu — to jedyna porządkująca je zasada, która wydaje się nadawać im jakiś sens, jest taka, że wszystko, co mogłoby radykalnie przyćmiewać modlitwę lub prokreacyjną seksualność jako źródła przyjemności, zostało wyjęte spod prawa. W szczególności został zakazany każdy narkotyk (LSD, meskalina, psylocybina, DMT, MDMA, marihuana itd.), któremu jego użytkownicy przypisują duchowe lub religijne znaczenie. Obawy o zdrowie naszych obywateli lub ich wydajność są w tej debacie jedynie wybiegiem mającym odwrócić naszą uwagę, co potwierdza legalność alkoholu i papierosów.

Fakt, że ludzie są oskarżani i zamykani w więzieniu za używanie marihuany, podczas gdy alkohol pozostaje jednym z podstawowych dostępnych artykułów, z całą pewnością sprowadza do absurdu każde twierdzenie, że nasze prawo narkotykowe jest tak zaprojektowane, aby powstrzymywać ludzi od wyrządzania krzywdy sobie lub innym. Alkohol jest pod każdym względem substancją bardziej niebezpieczną. Nie ma żadnego zaakceptowanego medycznego zastosowania i dość łatwo przyjąć dawkę śmiertelną. Jego rola w powodowaniu wypadków drogowych jest poza wszelką dyskusją. Sposób, w jaki alkohol pozbawia ludzi zahamowań, przyczynia się do przemocy między ludźmi, obrażeń ciała, nieplanowanej ciąży i rozprzestrzeniania się chorób wenerycznych. Wiadomo również powszechnie, że alkohol uzależnia. Spożywany w dużych ilościach przez wiele lat, może prowadzić do wyniszczających neurologicznych upośledzeń, marskości wątroby i do śmierci. W samych tylko Stanach Zjednoczonych ponad 100 tys. ludzi rocznie umiera z powodu używania alkoholu. Jest on także bardziej toksyczny dla rozwijającego się płodu niż jakikolwiek inny nadużywany narkotyk. (Tak naprawdę wydaje się, że tzw. crack babies w rzeczywistości cierpią na płodowy zespół alkoholowy). Żadnego z tych zarzutów nie da się wysunąć pod adresem marihuany. Jako narkotyk marihuana jest niemal jedyna w swoim rodzaju, gdyż posiada wiele medycznych zastosowań, a jej śmiertelna dawka jest nieznana. Podczas gdy niepożądane reakcje na leki takie jak aspiryna oraz ibuprofen są według szacunkowych obliczeń uważane za przyczynę 7600 zgonów (i 76 tys. hospitalizacji) każdego roku w samych tylko Stanach Zjednoczonych, to . Jej rola jako „narkotyku inicjacyjnego" (a nigdy nie była przekonująca). Tak naprawdę to wszystko, co ludzie robią — prowadzenie samochodu, latanie samolotami, uderzanie piłeczek golfowych — jest bardziej niebezpieczne niż palenie marihuany w zaciszu domowym. Każdy, kto spróbowałby na poważnie argumentować, że warto zakazać marihuany z powodu ryzyka, jakie stanowi dla ludzi, zorientuje się, że potęga ludzkiego mózgu jest po prostu niewystarczająca do wykonania tego zadania.

Mimo to jesteśmy tak daleko od zacienionego gaju rozsądku właśnie dziś, gdy ludzie wciąż karani są dożywotnim więzieniem, bez możliwości ułaskawienia, za uprawianie, sprzedaż, posiadanie czy kupowanie tego, co w rzeczywistości jest naturalnie występującą w przyrodzie rośliną. Pacjenci z nowotworami oraz porażeniem kończyn skazywani są na kilkudziesięcioletnie kary więzienia za posiadanie marihuany. Właściciele sklepów ze sprzętem do uprawy roślin otrzymują podobne wyroki, ponieważ niektórych z ich klientów przyłapano na uprawianiu marihuany. Cóż wyjaśnia to zadziwiające marnowanie ludzkiego życia i środków materialnych? Jedynym wyjaśnieniem jest to, że nasz dyskurs na ten temat nigdy nie został zobowiązany do odbywania się w granicach racjonalności. Zgodnie z naszymi obecnymi przepisami prawa można z łatwością przewidzieć, że gdyby wynaleziono środek, który nie łączyłby się z ryzykiem wyrządzenia fizycznej krzywdy ani uzależnienia jego użytkowników, ale powodowałby krótkotrwałe uczucie duchowej rozkoszy i epifanii u 100 proc. tych, którzy go spróbowali, to środek ten byłby nielegalny, a ludzi karano by bezlitośnie za jego używanie. Jedynie lęk przed biblijnym przestępstwem bałwochwalstwa wydawałby się nadawać sens takiej chęci karania. Ponieważ jesteśmy ludźmi wiary, nauczonymi interesować się grzesznością naszych sąsiadów, wyrobiliśmy w sobie tolerancję na nieuzasadnione użycie władzy państwowej.

Nasz zakaz dotyczący niektórych substancji doprowadził do tego, że tysiące skądinąd produktywnych i przestrzegających prawa mężczyzn i kobiet są zamykane na całe dziesięciolecia, czasem na całe życie, a ich dzieciom wyznacza się kuratora. I jak gdyby ten spływającymi kaskadami horror nie był dość zatrważający, to jeszcze brutalni przestępcy — mordercy, gwałciciele i osoby molestujące nieletnich — są regularnie zwalniani warunkowo, aby zrobić dla nich miejsce w więzieniu. Wygląda na to, że przekroczyliśmy tu banalność zła i daliśmy nura w głębiny absurdu.

Konsekwencje naszej irracjonalności na tym polu są tak poważne, że wymagają głębszej analizy. Każdego roku ponad 1,5 mln kobiet i mężczyzn jest aresztowanych w Stanach Zjednoczonych na podstawie przepisów naszego prawa antynarkotykowego. W tej chwili gdzieś około 400 tys. mężczyzn i kobiet gnije w amerykańskich więzieniach za nieagresywne przestępstwa związane z narkotykami. Milion innych przebywa obecnie na zwolnieniu warunkowym. Osób odbywających karę więzienia w Stanach Zjednoczonych za nieagresywne przestępstwa związane z narkotykami jest więcej niż wszystkich przebywających w więzieniach, z jakiegokolwiek powodu, w całej Zachodniej Europie (która ma większą liczbę mieszkańców). Koszt tych wysiłków, tylko na poziomie federalnym, wynosi prawie 20 mld dolarów rocznie. Całkowity koszt naszego prawa antynarkotykowego - biorąc pod uwagę wydatki władz stanowych i lokalnych oraz utratę podatku spowodowaną naszą porażką przy uregulowaniu sprzedaży narkotyków — mógłby każdego roku z łatwością przekroczyć 100 mld dolarów. Nasza wojna z narkotykami pochłania szacunkowo 50 proc. czasu wszystkich rozpraw sądowych i energię ponad 400 tys. policjantów na pełnych etatach. Są to zasoby, które w innych okolicznościach mogłyby zostać wykorzystane do zwalczania brutalnych przestępstw i terroryzmu.

Patrząc w kategoriach historycznych, należało się pod każdym względem spodziewać, że polityka zakazu się nie powiedzie. Dobrze wiadomo na przykład, że eksperyment z prohibicją alkoholu w Stanach Zjednoczonych zdziałał niewiele więcej poza doprowadzeniem do straszliwej komedii ze zwiększonym spożyciem alkoholu, zorganizowaną przestępczością i policyjną korupcją w rolach głównych. Czego się na ogół nie pamięta — to tego, że prohibicja była jawnie religijną operacją, wytworem połączonych sił Chrześcijańskiego Związku Kobiet na rzecz Wstrzemięźliwości (Woman's Christian Temperance Union) i świętoszkowatej kampanii prowadzonej przez niektóre protestanckie społeczności misyjne.

Problemem z prohibicją jakiegokolwiek pożądanego artykułu są pieniądze. ocenia handel narkotykami na 400 mld rocznie. Przekracza to roczny budżet Departamentu Obrony USA. Jeśli ta liczba jest poprawna, to handel nielegalnymi narkotykami stanowi 8 proc. całego handlu międzynarodowego (podczas gdy sprzedaż tekstyliów stanowi 7,5 proc., a pojazdów mechanicznych tylko 5,3 proc.). Mimo to właśnie sam zakaz jest tym, co sprawia, że produkcja i sprzedaż narkotyków są tak nadzwyczaj opłacalne. Ci, którzy z niej żyją, cieszą się zyskiem w przedziale od 5 tys. do 20 tys. proc. ze swoich inwestycji, wolnych od podatku. Każdy istotny wskaźnik w handlu narkotykami — liczby związane z używaniem narkotyków i ich zakazem, szacunkowa wielkość produkcji, stopień czystości narkotyków kupowanych na ulicy itd. — pokazuje, że dopóki będą istniały takie zyski, dopóty rząd nie będzie w stanie nic zrobić, żeby położyć temu kres (zresztą tak naprawdę te zyski wpływają na wysoki stopień korupcji przy egzekwowaniu prawa). Przestępstwa popełniane przez osobę uzależnioną, aby sfinansować swoje niesamowicie wysokie koszty życia, oraz przestępstwa popełniane przez handlarza w celu ochrony zarówno swojego terenu, jak i majątku, są również rezultatem zakazu. Ostateczną ironią, która równie dobrze wydaje się być dziełem samego szatana, jest fakt, że rynek, który stworzyliśmy przez nasze prawo antynarkotykowe, jest stałym źródłem dochodów organizacji terrorystycznych, takich jak Al-Kaida, Islamski Dżihad, Hezbollah, Świetlisty Szlak i innych.

Jeśli nawet uznamy, że zaprzestanie używania narkotyków jest celem uzasadnionym społecznie, to jak w świetle innych wyzwań, jakie stoją przed nami, wygląda finansowy koszt naszej walki z narkotykami? Zastanówcie się nad faktem, że potrzebny byłby tylko jednorazowy wydatek w wysokości 2 mld dolarów, żeby zabezpieczyć nasze porty handlowe przed przemytem broni nuklearnej. Obecnie przeznaczyliśmy na ten cel 93 mln dolarów. Jak wyglądać będzie nasz zakaz używania marihuany (który kosztuje 4 mld dolarów rocznie), jeśli nowe słońce rozświetli kiedyś niebo nad portem w Los Angeles? Albo rozważcie fakt, iż rząd amerykański stać na wydanie zaledwie 2,3 mld dolarów każdego roku na odbudowę Afganistanu. Talibowie i Al-Kaida przegrupowują obecnie swoje siły. Terenami za rogatkami Kabulu rządzą plemienni watażkowie. Co jest dla nas ważniejsze - odzyskanie tej części świata dla sił cywilizacji czy powstrzymywanie pacjentów z nowotworami w Berkeley przed łagodzeniem nudności za pomocą marihuany? To, jak obecnie wykorzystujemy rządowe fundusze, wskazuje na niepokojące wypaczenie — moglibyśmy nawet powiedzieć zaburzenie — naszych narodowych priorytetów. Tak dziwaczny przydział środków zapewni utrzymanie Afganistanu w ruinach jeszcze przed wiele lat. Nie pozostawi również afgańskim rolnikom innego wyboru niż tylko uprawiać opium. Na szczęście dla nich nasze prawo antynarkotykowe wciąż sprawia, że ta działalność gospodarcza jest wysoko opłacalna.

Każdy, kto wierzy, że Bóg obserwuje nas spoza gwiazd, będzie czuł, że karanie mężczyzn i kobiet za ich prywatne przyjemności jest absolutnie rozsądne. Żyjemy dziś w XXI wieku. Być może powinniśmy mieć lepsze powody do pozbawiania naszych sąsiadów ich swobód, mierząc do nich z broni. Biorąc pod uwagę rangę prawdziwych problemów, które stoją przed nami — terroryzm, rozprzestrzenianie broni nuklearnej, rozprzestrzenianie się chorób zakaźnych, ulegająca awariom infrastruktura, brak odpowiednich funduszy na edukację i służbę zdrowia itd. — nasza wojna z grzechem jest tak oburzająco niemądra, jak gdyby niemal ignorowała wszelkie racjonalne komentarze. W jaki sposób staliśmy się tak ślepi na nasze najważniejsze interesy? I jak zdołaliśmy wcielić w życie takie zasady przy tak mało konkretnej debacie?

Data publikacji: 16-03-2012

<- Wróć do działu
Do góry