Deifikacja Jezusa a uniwersalność popkultury


Działy   Wyszukaj

Estmodus inrebus
Satyry, HORACY

Czy dysputy na temat roli Jezusa w historii chrześcijaństwa i powstaniu Kościoła zwanego katolickim (czyli powszechnym) są w ogóle uprawnione z racjonalnego i naukowego tytułu? Ubóstwienie Nazarejczyka — zupełnie bezpodstawne z tytułu doświadczeń, tradycji, historii oraz religijności Żydów (mesjasz nawet najbardziej zasłużony i admirowany społecznie nie był bowiem nigdy traktowany jako bóg) — zaciemniło przecież w zupełności sposób postrzegania tego, co działo się na przełomie starej i nowej ery (wg chrześcijańskiego kalendarza) na terenie dzisiejszych ziem zwanych umownie Ziemią Świętą.

Ubóstwienie jakiejkolwiek osoby niweluje zupełnie racjonalność interpretacji zjawisk, procesów czy opis realnej sytuacji w jakiej tej jednostce przyszło żyć. Sakralizacja jest zawsze irracjonalna, nierealna, a-rzeczywista, nie-prawdziwa. Odziera osobę ludzką z codzienności, normalności i ... historyczności, zakłamuje jej dokonania (jakie by one nie były), fałszuje (idealizując) obraz danego człowieka czyniąc niemożliwym jakikolwiek obiektywizm oceny (a to z kolei — jak np. w przypadku wspomnianego wcześniej Jezusa z Nazaretu — unieważnić może wszelkie naukowe rozważania w tej materii) tak potrzebny w autentycznych i rzeczywistych badaniach bądź dociekaniach.

Sakralizacja czegokolwiek jest a priori irracjonalna. Zrywa z doczesnym bytem człowieka i klasycznie pojętymi racjami rozumu. Depcze realne spojrzenie na rzeczywistość nas otaczającą, prowadzi na manowce świadomość, a mentalność człowieka zatruwa stęchłym i nierzeczywistym oddechem pospolitego szamaństwa. To dobro i potrzeba niektórych umysłów — powie ktoś. Ale „.....Takie dobro, które nam rzeczywiście przeszkadza korzystać z większego dobra, w rzeczywistości jest złem". A na pewno zaćmienie umysłu i rozumu ogranicza nasze korzystanie z autentycznego dobra. Przecież wiadomym jest powszechnie, iż twórcą chrześcijaństwa i Kościoła jest św. Paweł (vel Szaweł) z Tarsu. Dlaczego więc nie on jest przedmiotem ubóstwienia, kultu, swoistej idolatrii (działał tylko pokolenie od śmierci na krzyżu — jeśli zakładamy oczywiście realność i historyczność, co wcale nie jest takie jednoznaczne i oczywiste w świetle posiadanych naukowych danych — Żyda i rabbiego, charyzmatycznego proroka jakich wielu działało w I w. n.e. na terenie dzisiejszej Palestyn zwanego Jezusem z Nazaretu)?

Ta potrzeba ideału, modelu niczym nie zmąconych (zwłaszcza ziemskim, doczesnym, codziennym bytem — czyli trochę dobrym trochę złym), perfekcjonistycznej formy i kształtu miała w historii naszego gatunku sporo zwolenników (np. Platon - Państwo). Chrześcijaństwo przez 2000 lat swoich dziejów niezwykle silnie wzmocniło owe tendencje na terenach, gdzie stało się częścią kultury ludów je wyznających. Idealizacja nieba szła równolegle z deprecjacją doczesności. I to trwa cały czas - mimo postępów modernizmu i wyzwalania się człowieka Zachodu (bo to jest i był przez wieki matecznik religii chrystusowej — w różnych denominacjach) z tych chrześcijańsko-manichejskich pęt, oplatających mentalność, świadomość i jaźń człowieczą.

Deifikacja Jezusa postępuje w czasie jednego pokolenia od jego śmierci (wojna żydowska 66-73 r. n.e. i totalna porażka Izraelitów — panowanie cesarza Wespazjana - wydatnie przyśpiesza ów proces). Wystarczy przyjrzeć się dokładnie synoptycznym ewangeliom i poczytać komentarze naukowe (bądź interpretacje) do zawartych w nich treści. Marek (najstarsza z ewangelii) prezentuje nam Jezusa jeszcze jako człowieka bądź syna-człowieczego. U późniejszych ewangelistów (Mateusza i Łukasza) można w nim już dostrzec eona lub demiurga dobra (wszystko wg nomenklatury ebonitów , manichejczyków lub gnostyków ), pół-boga (coś na kształt greckich herosów; Heraklesa, Ajaksa, Tezeusza lub Achillesa). Natomiast w najpóźniej powstałej ewangelii, wg Św. Jana, Jezus jest już klasycznym bogiem. Ów proces deifikacji — w przestrzeni formalnej, literackiej i czasie historycznym — doskonale obrazuje m.in. K.H. Deschner .

Już w VII/VIII w. n.e. kult Jezusa-Boga, Pantokratora, przedstawianego na niezliczonych obrazach, ikonach, rzeźbach itd., przybrał na Wschodzie Cesarstwa monstrualne rozmiary. Próbowali z owym bałwochwalstwem (jak uważali pochodzący z Syrii i Anatolii) walczyć niektórzy cesarze bizantyjscy zaliczani do dynastii izauryjskiej, opierając się o tradycję starotestamentową i wzbierającą wówczas ofensywę (militarną i kulturowo-cywilizacyjną) islamu. Zakaz prezentowania bóstwa w jakichkolwiek formach sztuki zdaniem judaizmu i islamu to obrona przed powrotem do pogańskich praktyk, jako iż czci się tym samym wizerunek, nie zaś Absolut. Również wielu „...Pierwszych Ojców Kościoła przeciwstawiało się jego rozwojowi [kult ikon - rscz.], ponieważ wydawało im się to sprzeczne ze starotestamentowym zakazem sporządzania wizerunków. Np. Euzebiusz z Cezarei ostro skarcił siostrę Konstantyna, Konstancję, gdy prosiła o przysłanie jej z Palestyny obrazu Chrystusa. Św. Epifaniusz z Cypru osobiście zerwał zdobioną obrazami zasłonę, którą zobaczył w wiejskim kościele" .

Był też proceder produkcji ikon na terenach Bizancjum doskonałym przedsięwzięciem merkantylnym, opanowanym w wielkim stopniu przez klasztory i potężny stan mniszy. Cesarze, chcąc przełamać ów monopol, osłabić potęgę mnichów (którzy nie byli powolni władzy centralnej, gdyż funkcjonowali poza jurysdykcją biskupów diecezjalnych na całym Wschodzie) i podporządkować sobie struktury kościelne prowadzili więc ową walkę z pobudek ekonomicznych i politycznych — nie tylko religijno-doktrynalnych.

Warto jednocześnie zauważyć — i jest to ponadczasowa prawidłowość (potwierdzona przez wieki trwania i działań m.in. chrześcijaństwa jako wiary religijnej zinstytucjonalizowanej i zuniwersalizowanej) — że każdy kult prędzej czy później objawia swe ponure oblicze: „ ... Kult Stalina, Hitlera, Mao, kult Jezusa (w ruchu Jesus People), kult Bhagwana, Rona Hubbarda (w Scientology Church), kult Yogi, maharadży Mahesha (medytacja transcendentalna), kult Wojtyły - podobnie jak kult Chomeiniego — wszystkie one były i są podporządkowane prawidłowościom fundamentalistycznym". Bo tam, gdzie brak rozumu i chłodu racjonalizmu pętającego emocje, afekty czy namiętności, rodzą się różne demony. Przywołany wcześniej konflikt ikonoklasytyczny w Bizancjum może być tego dobitną ilustracją.

Mamy dziś na oczach przykład jak przebiega — sakralizacja żywej, znanej i charyzmatycznej na swój sposób osoby — ów proces w przestrzeni społecznej percepcji, w zbiorowej potrzebie posiadania jakiejś świętości, nieskalanej (czyli czystej i wysublimowanej z codziennego brudu), idealnej. Biorą w tym udział globalne media (z różnych tytułów: np. zysk, ignorancja dziennikarzy czy ich wierność i posłuszeństwo strukturom religijnym do których przynależą) oraz cała machina katolicko-watykańskiej propagandy: ten przykład zwie się ogólnie Jan Paweł II.

Na naszych oczach żywy, ułomny moralnie człowiek (jak zresztą każda jednostka), bardzo często błądzący (jak każdy polityk i jeden z rozgrywających na światowym orbis terrarium), działający w interesie swej instytucji religijnej, który nie zawsze - raczej rzadziej niż częściej — jest zbieżny z interesami czy potrzebami ludzkości, staje się santo subito. Bajka, legenda, mit materializują się na naszych oczach, oblekają się w realne, doczesne kształty. A racje rozumu, racje realizmu, racje prawdy i obiektywizmu popieleją, kruszeją, stają poglądami jakiejś mniejszości, grupy dziwaków i kontestatorów (na pewno ateistów, libertynów, narkomanów, sodomitów, satanistów czy komunistów), którzy „sami nie wiedzą czego chcą" , a przede wszystkim są „...wrogami Kościoła, Ojca Świętego, Jezusa i Maryi".

Ludowa pobożność i potrzeba zbliżenia się (nawet na niby) do świętości jest jak widać potrzebą niezwykle żywotną i uniwersalną. Popularna, masowa, manifestacyjna dewocja święci dziś ponownie — w połowie XX wieku wydawało się, że religia i oddawanie się tego typu rytuałom zgodnie z tym co twierdzili Durkheim, Weber, Cox czy Robinson zaniknie — triumfy na całym świecie. Renesans wierzeń religijnych i quasi-religijności jest faktem. A im głębiej zapada w sen rozum i jego racje, tym dewocja, bigoteria, irracjonalizm czy pospolite szamaństwo poszerzają swe pole działania.

Weźmy np. kult J. Morrison: charyzmatyka, niekonwencjonalnej osobowości, poety, piosenkarza, front-mana znanej rockowej grupy the Doors, przedwcześnie zmarłego (w 1971 roku w wieku 28 lat) idola młodzieżowej kontestacji i ruchu hippie z końca lat 60' XX wieku - jest także takim właśnie przykładem deifikacji idola, herosa, pół-boga. Legenda rośnie, tworzą się wokół niej ośrodki stymulujące ów kult bo, to jest przedsięwzięcie zyskowne (gadżety, symbolika zamknięta w pamiątkach związanych z przedmiotem — lub podmiotem — kultu, relikwie itd.), bo przecież mechanizmy w społecznej świadomości są takie same, obojętnie czy chodzi o Licheń, francuskie Lourdes, Garbarkę na polskim Podlasiu, meksykańską Guadelupe, cmentarz Pere-Lachaise , Waranasi (Indie), Kaabę w Mekce, grób Alego (Nadżaf — Irak), Meditations Garden (Graceland w Memphis, USA) czy wawelski sarkofag M. i L. Kaczyńskich. I w innych, tysiącach, funkcjonujących wczoraj i dziś sanktuariach bądź miejscach sakralnego ubóstwienia konkretnych ludzi, ten mechanizm, te procesy, te emocje i uczucia się egzemplifikują nader podobnie.

Śmierć Jana Pawła II i eksplozja afektów religijnej proweniencji nie była niczym nadzwyczajnym (choć serwilistyczne polskie media w przesadnym tonie starały się to prezentować odbiorcom nad Wisłą, Odrą i Bugiem). Oto w 1977 roku „...Około 80.000 gapiów pojawiło się na ulicach, które przemierzała procesja wioząca ciało Elvisa Presleya. Wiadomość o jego śmierci spowodowała płacz, smutek i histerię na całej planecie, nawet w krajach komunistycznych" . E. Presley też był obdarzany niezwykłą estymą przez rzesze fanów, zwolenników, niemalże — wyznawców — quasi-religijnego kultu herosa rock'n'rolla.

Gdy patrzymy na proces deifikacji Jezusa (ale podobnie miała się rzecz z Buddą czy Mahometem) - od jego śmierci minęło już prawie dwa tysiąclecia — nasuwają się właśnie takie, jak tu zaprezentowano, skojarzenia. Z jednej strony nurtuje mnie następujący dylemat — czy wokół takich miejsc kultu zawsze znaleźć się muszą tandetne, jarmarczne przedsięwzięcia merkantylnego chowu jak sprzedaż słodyczy, handel religijnymi bibelotami, relikwiami, gadżetami materializującymi ową świętość ? A przy okazji - usługi: hotelarskie, kuglarskie, taniej rozrywki ..... ; w papieskim Rzymie najlepiej (od zawsze) funkcjonowały lupanary. To fakt historyczny!

A drugiej, interesuje mnie — czy Jezus mógłby np. dziś świadomie myśląc o swym dziedzictwie (podobnie jak wspomniany także w tym tekście lider the Doors — obdarzany także przez wielu wielbicieli czy fanów swoistą admiracją bądź kultem — wobec zasad ideowych przyświecających społecznym ruchom lat 60' i 70' XX wieku przebiegającym w kulturze Zachodu) powiedzieć o swoim dziedzictwie, iż „...Powiem Ci ... zmarnowaliśmy świt, a tego nie wybaczy nam żadne niebo" (Jim Morrison).

Oczywiście, o ile jakiekolwiek niebo istnieje.

Data publikacji: 15-01-2012

<- Wróć do działu
Do góry