Hitch


Działy   Wyszukaj

Gdy dowiedzieliśmy się, że Christopher Hitchens ma raka, od razu pojawiły się mowy i utwory pochwalne. Oczywiście nikt nie zaprzeczał możliwości, że wyzdrowieje, ale jednocześnie nikt nie chciał pozwolić na to, by nasz podziw dla niego pozostał niewyrażony. Truizmem będzie powiedzenie, że był człowiekiem jedynym w swoim rodzaju i nie będzie już drugiego takiego jak on. Ale to prawda. Nawet najbardziej przesadzone wyrazy uznania wobec niego są uzasadnione. Po prostu był wyjątkowy.

Jedną z niewątpliwych rozkoszy życia w świecie pełnym głupoty i hipokryzji była możliwość zobaczenia jak Hitch na nie reaguje. Ta rozkosz została nam odebrana. Wciąż istnieje głupota i hipokryzja, ale istnieją też dowody jego genialności, odwagi, erudycji i poczucia humoru nawet w obliczu zniewag. Ale w nadchodzących latach przez jego brak nastanie ogromna pustka. Hitch miał niesamowite życie (przeczytaj jego wspomnienia, Hitch-22 i podziwiaj). Z pewnością było za krótkie i możemy tylko gdybać jakiego Hitcha przyniosłyby najbliższe dwie dekady. A jednak Hitch napisał więcej świetnych prac, przeczytał więcej książek, poznał więcej interesujących ludzi i wygrał więcej dyskusji niż większość z nas potrafiłaby w ciągu kilku stuleci.

Poznałem Hitcha na obiedzie pod koniec kwietnia 2007 roku, zaraz przed publikacją jego nadzwyczajnej książki bóg nie jest Wielki. Po długim wieczorze wraz z żoną pożegnaliśmy się z nim na chodniku przed hotelem, w którym akurat przebywał. Właśnie rozpoczynał trasę promującą książę i miał następnego poranka wystąpienie. Było już dawno po północy i jego zachowanie jasno wskazywało, że całkowicie kończą mu się siły. Słyszałem wcześniej o tym, jak potrafił się ekstremalnie zapracowywać, ale słaniając się ze zmęczenia obok niego doszedłem do wniosku, który zdawał mi się obserwacją prostego faktu: jutrzejsze wystąpienie będzie klapą.

Następnego poranka wytoczyłem się z łóżka całkiem bez sił i zobaczyłem Hitcha na Book TV w C-SPAN, ubranego w ten sam garnitur, co poprzedniej nocy. Nie muszę chyba mówić, że nie zadając sobie trudu był błyskotliwy, klarowny i jak zwykle bezkompromisowy. Specyficzne połączenie emocji, które wtedy odczułem, powinno mieć swoją nazwę i powstało z porcji zdziwienia, porcji ulgi i dwóch porcji zazdrości — a wszystko to dobrze zmieszane w jednym drinku. Jeszcze nieraz przyszło mi przez niego się napić.

Od samego początku czułem, że miałem ogromne szczęście mogąc nazywać Hitcha moim przyjacielem i kolegą, a jednocześnie czułem, że miałem wielkiego pecha nie poznawszy go wcześniej. Zanim zachorował oczekiwałem, że jeszcze przez wiele lat będzie obecny w moim życiu. Ale nasze ostatnie spotkanie miało miejsce w lutym tego roku w Los Angeles, gdzie dzieliliśmy scenę z dwoma rabinami. Jego stan był już na tyle poważny, że temat naszej debaty „czy istnieje życie po śmierci?" wydawał się nieco makabryczny. Ciężko było mu już podróżować i byłem pod wielkim wrażeniem tego, że w ogóle zdecydował się wziąć udział w debacie.

Gdy w przeddzień debaty spotkaliśmy się na kolacji zdawałem sobie sprawę, że to może być nasz ostatni wspólny posiłek. Z zaskoczeniem odkryłem też, że był to pierwszy posiłek, który zjedliśmy sami. Pamiętam, że myślałem, jaka szkoda (dla mnie), że nie poznaliśmy się lepiej. Jeszcze wiele mogłem się od niego nauczyć.

Mam zaszczyt doświadczać wdzięczność wielu ludzi wobec życia i pracy Hitcha, ponieważ wszędzie, gdzie przemawiam spotykam jego fanów. Podczas trasy promującej moją ostatnią książkę, ci, którzy przychodzili na moje wykłady nie potrafili ukryć radości, gdy tylko wspominałem o nim. Wielu z nich, gdy podchodziło do mnie, bym złożył autograf na książce, przede wszystkich prosiło mnie, bym przekazał najlepsze życzenia Hitchowi. Czymś wspaniałym było zobaczyć jak bardzo kochano i podziwiano Hitcha, i móc opowiedzieć mu o tym zanim zmarł.

Będę za tobą tęsknił bracie.

Blog Sama Harrisa, 18 grudnia 2011r.

Data publikacji: 20-12-2011

<- Wróć do działu
Do góry