Zamek


Działy   Wyszukaj

Bernard Korzeniewski

Na ruiny zamku dotrzeć było nie sposób. Nie dlatego, że dostępu broniły jakieś ogrodzenia, zasieki czy nieprzebyty gąszcz zarośli. Fosa była płytka i zarośnięta trawą, w murach ziały ogromne szczerby, w niektórych miejscach sięgające do samego gruntu. Brakowało jakichkolwiek strażników, stróżów, czy choćby tabliczek zabraniających wstępu. Zamek leżał co prawda na względnym odludziu, na niskim wzgórzu otoczonym głazowiskami, moczarami, nieużytkami i skałami-ostańcami, i od dawna nie prowadziła do niego żadna droga, ale w odległości kilkunastu kilometrów leżało kilka ubogich wsi, a do najbliższego miasteczka było około trzydziestu kilometrów. A jednak od niepamiętnych czasów nikt w obręb ruin nie wszedł — ot, żeby chociaż spenetrować je ze zwykłej ciekawości, podszytej żyłką romantycznej przygody. Nie odwiedzali zamku poszukiwacze skarbów, włóczędzy, ekscentryczni bogacze zainteresowani renowacją z przeznaczeniem na reprezentacyjną siedzibę, bezrobotni w sezonie ogórkowym, dziennikarze lokalnych gazet lub amatorzy wakacji z duchami. Milczały o nim wszystkie przewodniki turystyczne.

Faktem jest, że zamek, pomimo iż był zachowany w całkiem niezłym stanie, z dala zdawał się wyglądać wyjątkowo odpychająco. Częste w okolicach mgły, które normalnie powinny przydać fortecy nimbu tajemniczej atrakcyjności, czyniły ją posępną, zapuszczoną, niewartą uwagi. Nawet w promieniach z rzadka prześwitującego przez zwały ołowianych chmur słońca jej mury i zabudowania nabierały dziwnego martwego poblasku, pałały zimną bladością przywodzącą na myśl coś bezdusznie obcego. Celujące w niebo kikuty wież, ziejące pustymi otworami okien, dziwnym zrządzeniem losu składały się ku sobie na kształt dłoni, emanując aurę bezdennej rozpaczy, pustki i beznadziei. Kiedy indziej znowu te same wieże sprawiały wrażenie naturalnych formacji skalnych. Na tle zapadającego zmierzchu kontury murów odcinały się cieniem głębszym od czerni.

Ale nawet to nie tłumaczy faktu kompletnego ignorowania zamku przez ludzi. Wydawał się on tak bardzo nieatrakcyjny i uboczny, jakby zawierał się w tym jakiś celowy zamysł. Nawet jeśli przypadkiem zabłąkany podróżny zdecydował się przyjrzeć ruinom nieco dokładniej, zbliżywszy się do nich ulegał ospałości i odpływowi energii, zmieniał decyzję uznając przedarcie się przez, w końcu dosyć rzadkie i niskie, zarośla za niewarte wysiłku. Czasami uwagę wędrowca odwracało coś atrakcyjnego, jak na przykład piękny krajobraz w oddali oświetlony znienacka przez wyzierające przez wyrwę w chmurach słońce, albo też rzadki okaz zwierzęcia lub ptaka umykający w przeciwnym kierunku, w wyniku czego zwracał on swe kroki w tamtą stronę. Zdarzało się, że zdeterminowany na odwiedzenie zamku przechodzień potknął się lub poślizgnął na skale, przez co dotkliwie stłukł sobie kończynę i był zmuszony do odwrotu. Nigdy jednak, nawet po nieszczęśliwym upadku z wysokości kilku metrów, nikt nie doznał poważniejszego uszczerbku na zdrowiu, nie mówiąc już o utracie życia. Ludzie bynajmniej nie znikali tajemniczo i bez śladu na zamku lub w jego najbliższych okolicach. Po prostu, całkiem prozaicznie, nikt nie miał jakoś ochoty powrócić i spróbować spenetrować ruin jeszcze raz. Z rzadka i zdecydowanie niechętnie wspominano o niezrealizowanej eskapadzie na zamek przyjaciołom i znajomym, a jeżeli już, to jakby wstydliwie i w sposób nie powodujący u nich chęci do podjęcia własnej próby odwiedzenia warowni.

Krótko mówiąc, choć zamek z pewnością znajdował się w konkretnym miejscu i czasie, świat praktycznie nie był świadom jego istnienia, a te nieliczne osoby, które miały z nim jakąkolwiek styczność, szybko o nim zapominały i usuwały z kręgu swoich zainteresowań. Nie figurował także na mapach — żaden znak nie występował na nich w obrębie monotonnego obszaru zajmowanego przez nieużytki. Kartograf, który sporządzał plany okolicy, z jakichś powodów zignorował ruiny, zapewne w wyniku wrażenia ich podupadłości lub ogarniającego go roztargnienia. Zresztą, nawet gdyby chciał uwzględnić zamek, nie miałby jak go oznaczyć — nikt nie byłby w stanie podać jego nazwy, o ile takowa w ogóle istniała. Nieliczni z okolicznych wieśniaków potrafili jedynie niechętnie bąknąć coś o „jakichś ruinach”, a reszta nie miała na ten temat nic do powiedzenia. Wiadomo zaś doskonale, że najpewniejszą metodą na strącenie czegoś w otchłań niebytu jest odebranie temu czemuś nazwy.

W pewnym sensie można by powiedzieć, że zamku prawie zupełnie nie było, że obszar jego styku z naszą rzeczywistością był bardzo ograniczony. Im większy wysiłek włożyło się w dostanie się na teren zamku, z tym większą siłą przeciwstawiał się on wtargnięciu, choć opór ten nie miał charakteru fizycznego. Działało to w obie strony. Nikt ani nic nie wydostało się z obrębu ruin do otaczającej je przestrzeni. Kto wie, ile jeszcze takich zamków istnieje na świecie?

Data publikacji: 13-12-2008

<- Wróć do działu
Do góry