Niedogodności kondycji ludzkiej według Ciorana


Działy   Wyszukaj

Sławomir Piechaczek

W miejscu znanej tradycji filozoficznej Zachodu perspektywy progresywnej, pojawia się u Ciorana perspektywa regresywna, zaś ludzie zamiast przekształcać się w bogów, przekształcają się w insekty. Stąd też pogarda rumuńskiego myśliciela dla filozofii, która według niego jest li tylko sztuką maskowania uczuć i duchowych udręk, po to, by oszukać świat co do prawdziwych korzeni filozofii. Robimy wszystko, co tylko w naszej mocy, by nie pozostawać z samymi sobą sam na sam. Zawieramy nowe znajomości, poszukujemy jednomyślności, nieustannie „przeżuwamy” w myślach ślady pozostawione w nas przez innych, gdyż wyobrażamy sobie, że każde słowo zamienione z drugim człowiekiem jest zwycięstwem nad nicością...

1. Człowiek jako chore zwierzę

Według Ciorana człowiek od zawsze zazdrościł bogom, że mimo porównywalnej z nim, a nawet większej od niego świadomości, nie muszą zmagać się z własną, ulegającą wpływowi czasu, cielesnością i tym samym przeżywać dramatu istnienia. Podczas gdy oni raczą się nektarem wieczności, a towarzysząca temu błogość usypia ich myśli, cierpienia będące konsekwencją niszczenia pierwiastka materialnego, zmuszają naszą świadomość do nieprzerwanej aktywności, czuwania pobudzanego bólem i okrzykami rozpaczy. Wyraźne, wyodrębnione i indywidualne, nie pozwalają na włączanie tego, co wokół w strumień naszych przeżyć i na określanie siebie za pomocą przedmiotów – nie dając o sobie zapomnieć, separują nas od życia. Cały wszechświat stoi naprzeciwko nas, w żaden sposób nie możemy stać się jego częścią i zatracić się w nim. Rzeczywistość, którą inni witalizują ze względu na to, iż jest dla nich nieustannym pretekstem, dla cierpiącego stanowi jedynie garstkę martwych i surowych faktów, staje się zewnętrzna, obiektywna i nieistotna. Pogrążony w udrękach traci on bezpośredniość odczuwania i uzyskuje status zwierzęcia nie wprost. Wbrew temu, co mówi tradycja chrześcijańska, cierpienie nie jest wcale drogą do miłości, lecz do piekła i ciemności, zawiera w sobie pierwiastek diabelski:

Cierpienie to droga oddzielenia, odrywania się, to siła odśrodkowa separująca cię od jądra życia, od światowego centrum przyciągania, w którym wszystko pragnie się zjednoczyć w miłości i intymności. Jeśli zasadę boską cechuje wysiłek kosmicznej syntezy i metafizycznego współuczestnictwa w istocie wszechcałości, to cierpienie przebywa na antypodach tej zasady. Zasada szatańska – jako zasada rozprężenia, rozdwojenia i dramatyzacji – w całości przepaja jądro życia, jest bowiem immanentna, organiczna i podstawowa.

Niegdyś stanowiliśmy jedność ze światem natury, szliśmy z nim w jednym szeregu, ból wyrwał nas z niego, odłączył od uśpionej całości i skazał na świadomość. Pytanie „jak” i „dlaczego” oraz poszukiwanie pierwszej przyczyny są objawami zaburzenia funkcji fizjologicznych i pokazują, że istnieje pewna współzależność między pytaniami metafizycznymi i niedyspozycją fizyczną . Gdy zdrowie podupada zaczynamy tworzyć wszechświat wraz z jego zagadkami, a więc wszystko to, co stanowi naddatek względem czystej, pozbawionej treści egzystencji, którą wiedliśmy przed wyjściem ze stanu zwierzęcego. Niedola, będąc architektem różnorodności oraz bodźcem dla myśli i czynów, skazała człowieka na wieczne zapytywanie i poszukiwania, uczyniła go zwierzęciem metafizycznym:

"[…] staliśmy się ludźmi, wychodząc z raju bytu. Byliśmy Absolutem, teraz wiemy, że jesteśmy w nim: tak więc już nie jesteśmy nim, ani sobą. Poznanie wzniosło między człowiekiem a szczęściem mur nie do sforsowania. – Cierpienie jest tym właśnie: świadomością Absolutu" .

W tym kontekście okazuje się, że źródłem historii jest w pierwszym rzędzie nie grzech, lecz choroba jako czynnik oddzielający, aktywna zasada indywiduacji. W cierpieniu więzi łączące nas z rzeczami rozluźniają się, wyzwala ono od wszystkiego prócz poczucia, że jesteśmy jednostką. Co jest odczuwane przez nas jako niedogodność, pozwala nam się zdefiniować, tak, iż niedyspozycja ustala naszą tożsamość. Równowaga organiczna i zdrowie stawiają nas na tym samym poziomie, co cały wszechświat, nie niosą żadnych istotnych treści, natomiast cierpienie daje wiedzę pozwalającą wymknąć się ze świata przedmiotów, być sobą, podmiotem. Jak podkreśla rumuński myśliciel jedyne wartościowe poznanie możemy uzyskać poprzez chorobę, i gdyby nie ona, prawdopodobnie konkurowalibyśmy dziś z owcami . Nie potrafimy wyobrazić sobie samych siebie w oderwaniu od cierpienia i nawet jeśli uznamy, że istnieje niezależnie od nas, jest ono nie tylko substancją naszego bytu, ale również jego przyczyną. W Zarysie rozkładu Cioran stwierdza:

Zdrowiem jest wszystko to, co nie stanowi o naszej swoistości i odrębności: czynnikiem indywiduacji są odruchy wstrętu; to smutek nadaje każdemu imię, utraty na nowo czynią nas panami naszego „ja”. Stajemy się sobą jedynie poprzez sumę naszych klęsk.

W przeciwieństwie do innych stanów, które są sugerowane, „książkowe” i nie mają nic wspólnego z tym, co rozpłomienia i porusza najbardziej, choroba i wszelkiego rodzaju nieszczęścia są źródłem doświadczeń autentycznych i dotykających w nas tego, co najgłębiej ukryte. Człowiek zdrowy nie ma nic do przekazania, jest neutralny aż do utraty tożsamości. Dzieje się tak, gdyż zdrowie to nic nie znaczący stan doskonałości, szczelne zamknięcie na świat i na samego siebie. Jego wyzbyte dolegliwości ciało jest echem odbijającym pulsowanie świata, zaś on sam to jeszcze jedne skrzypce w orkiestrze stworzenia. Cierpienie jest przyczyną kosmicznego zgrzytu, jest odstępstwem od powszechnego letargu. Nierealności jednostajnej melodii natury przeciwstawiamy doznania – jedynie intensywność bólu wydobywa nas z pustki oraz z kompletnego wyzucia i braku, mówi nam, że coś jednak istnieje, że my sami istniejemy . Cierpiąc jesteśmy całkowicie sobą, nie utożsamiamy się z niczym prócz siebie, czuwamy tylko i wyłącznie nad samymi sobą. Zadajemy sobie ból, by podrażnić własną podmiotowość, pragniemy wiecznie zachowywać świadomość i żyć w nieustannej jawie . W końcu zaczynamy marzyć o każdym cierpieniu, które zdolne byłoby nas jeszcze bardziej otrzeźwić, wyrwać z pustki i nieokreśloności. Szukamy go nawet tam, gdzie go nie ma, gdyż bez niego wszystko wydaje nam się szare i niepotrzebne. Będąc z natury intensywne, przywiązuje nas do siebie i jak każda intensywność staje się poddaństwem, podległością.

Ponieważ rejestrujemy wyłącznie pęknięcia naszej egzystencji, wydarzenia, które nie są w stanie nas pogrążyć, nie mają żadnego znaczenia. Ból zawsze jest pełen sensu, nawet jeśli negatywnego. Kto lubuje się w wewnętrznych poszukiwaniach, każdorazowo przedkłada porażkę nad sukces, który dotyka nas li tylko powierzchownie i nie niesie ze sobą niczego istotnego, odsłaniającego nas samym sobie. W Zmierzchu myśli Cioran podkreśla:

"Kiedy żyjemy w zdrowiu, szczęściu i pomyślności, nasze myśli pokrywają się kurzem, a umysł zasypia. Nieszczęście jest najsilniejszym bodźcem do myślenia" .

Choroba i cierpienie, chociaż nikogo nie ulepszają i nie mogą zostać w żaden sposób zachowane, pomagają nam zobaczyć rzeczy, do których bez nich nigdy nie mielibyśmy dostępu. Ich misja polega na otwieraniu oczu. Z jednej strony unicestwiają nas, jednak z drugiej posiadają aspekt objawiający. Ponieważ sięgają do korzeni naszego istnienia, zmieniają wszystko to, co w nas najbardziej podstawowe, nasz stosunek do świata, pojmowanie, charaktery, zachowania i perspektywy. Wyniszczając nas, uświadamiają nam naszą skończoność oraz nadają naszemu życiu wymiar egzystencjalny – pokazują, że bycie człowiekiem oznacza nieustanne zmaganie się z sytuacją istoty śmiertelnej, a co najważniejsze, zdającej sobie sprawę z własnej przemijalności. Chronią nas od pospolitości i wszystko, co wzbudza nasze przerażenie opatrują mianem tajemnicy, a więc czegoś, czego nie jesteśmy w stanie rozwiązać, ale co musimy nieustannie zgłębiać. Bez nich bylibyśmy postaciami bez wyrazistości i konsystencji, przypominającymi bardziej marionetki, niż ludzi:

"Myśl nie naznaczona tajemnym piętnem fatalności warta jest tyleż samo, co każda inna, czyli nic, jest tylko myślą…"

Dla normalnego, zrośniętego z życiem i oddanego codziennej krzątaninie człowieka spotykająca go choroba jest objawieniem zbyt wielkim, by mógł ją pojąć jako coś więcej niż li tylko chorobę. Postrzega wszystko przez jej pryzmat, nieustannie żałuje swego zrujnowanego życia i zastanawia się, czy dalsze istnienie ma jakikolwiek sens. Podczas gdy wcześniej w działaniach mógł kierować się własnym interesem i upodobaniami, świadomość powolnego niszczenia organizmu odbiera mu taką wolność. Pozbawiony wszelkich związków ze światem i zarazem odczuwając wszystkie jego niuanse nigdy nie wie, co za chwilę się stanie, co zrobi i jaka czeka go katastrofa . Nie dostrzega, że życie jest dobrem posiadającym głębię tylko wtedy, gdy w każdej chwili możemy je stracić. Może nawet ceni cierpienie, ale zawsze w oddaleniu od życia, tracąc w ten sposób zarówno samo życie jak i moment zwieńczający wszystkie dolegliwości – własną śmierć. W jego przypadku choroba, miast wzbudzać i utrzymywać życie oraz opóźniać nadejście ostatniej chwili, unicestwia je i znosi. Odsuwając ból poza margines własnego istnienia, nie zdaje on sobie sprawy z tego, iż to, co stara się nas sparaliżować, może być również środkiem i podnietą, gdyż cierpienie, bez względu na to przez co zostało wywołane, pozwala „wydobyć z życia więcej, niż może ono dać” . Aby ból stał się znośny, zaś nieszczęście rzeczą najnormalniejszą w świecie, musimy oswoić swoje choroby i zacząć traktować je jako coś, co nie przychodzi z zewnątrz, lecz jest integralną, wypływającą z naszej niedoskonałości, częścią nas samych. Zdaniem Ciorana chorobę należy uczynić czymś pozytywnym i przytulić do piersi tak, by światła życia stały się jeszcze jaśniejsze. Kiedy dolegliwości przeszkadzają nam normalnie funkcjonować, powinniśmy „dać świadectwo woli organicznej afirmacji” , zacisnąć zęby i pięści, spoliczkować się, wyrządzić sobie jakąś krzywdę – to przywróci nas do życia i pozwoli wycisnąć z niego o wiele więcej niż zazwyczaj jesteśmy w stanie. Zadajemy sobie męki, by bez reszty nie oddać się panowaniu choroby i by nie pochłonęło nas nasze własne piekło świadomości zarażonej myślą o przemijaniu. Paradoksalnie, okazuje się więc, że tym, co dodaje nam siły, a cierpienie czyni znośnym, jest jeszcze większy ból oraz umartwianie się i samoudręka. W Świętych i łzach Cioran podkreśla:

"Wszystko więc polega na umiejętności zapanowania nad chorobą, żeby dzięki niej stać się mocnym i niebezpiecznym, nie być zaś „cherlakiem”. I stać się „zaraźliwym” – ale zarażać duchem!"

Mimo iż Cioran usilnie poszukuje antidotum na dotykające człowieka udręki, skłania się raczej do wniosku, że cierpienie żadnego rozwiązania ani wyjaśnienia nie ma, a jeśli nawet to ostatnie istnieje, niczego nie uzasadnia ani na dłuższą metę nie czyni dolegliwości odrobinę znośniejszymi – jedyne czego możemy oczekiwać, to li tylko chwilowe ukojenie . Pierwsze przejawy choroby wzmacniają i wzbogacają nas, lecz od pewnego momentu choroba nie przynosi już nic temu, kto cierpi, poza potwierdzaniem faktu, że nie ma wolności od cierpienia. Kto twierdzi, że myśli go uspokoiły, tak naprawdę łudzi się lub nie doświadczył prawdziwego bólu. Każda myśl odsyła nas jedynie do całego szeregu innych myśli, nie wyjaśnia jednak cierpienia i nie dociera do osobistej rzeczywistości cierpiącego, jest bezsilna wobec tego, co nieodwołalne. Nawet śmierć nie stanowi rozwiązania, gdyż ona rozwiązuje wszystko, a równocześnie nic.

2. Grzech metafizyczny

Brak jakiegokolwiek wyjaśnienia dla cierpień nasuwa Cioranowi myśl o nieracjonalności życia i świata, zaś dolegliwości spotykające człowieka nakazuje uznać za względy obłąkanej natury . Z drugiej jednak strony, rumuński myśliciel, jako wyrodny syn tradycji chrześcijańskiej, nie mogąc się od niej uwolnić oraz przystać na kres swych poszukiwań, dochodzi do wniosku, że cierpienie może być skutkiem grzechu metafizycznego, tak naprawdę niezawinionego i wynikającego jedynie z faktu, że jesteśmy ludźmi. Jak podkreśla, nieczyste sumienie i cierpiące istnienie są ze sobą nierozerwalnie związane, zaś moment pojawienia się tego pierwszego zawsze wprawia nas w konsternację. Jesteśmy przytłoczeni obawami i czujemy się odpowiedzialni, nie wiedzieć przed kim i za co. Nikogo nie skrzywdziliśmy, a mimo to nosimy ciężar winy, którego nijak nie potrafimy pojąć. Niepokój wzrasta, choć nie znajdujemy dla niego zewnętrznej przyczyny. Zadajemy sobie pytanie, co odpokutowujemy, skoro niczego nie uczyniliśmy. Wolelibyśmy rzeczywiście coś zrobić, by mieć jakieś uzasadnienie tego niewygodnego uczucia i dowiedzieć się dlaczego cierpimy. Tym, którzy nie cierpią, nie jest znane nieczyste sumienie, natomiast nam wydaje się ono drogą do czystości, nim zmazujemy jakąś przewinę, choć nie wiemy jaką. Ostatecznie dochodzimy do wniosku, że jest ona skutkiem grzechu metafizycznego, który polega na tym, że dopuściliśmy się zamachu na pierwotne źródła istnienia – oddzielając się od natury zyskaliśmy świadomość i w ten sposób pogwałciliśmy tajemnice życia . Samo nasze istnienie, a przede wszystkim świadomość tego istnienia jest pierwszą winą i to winą wobec całego stworzenia.

Zdaniem Ciorana człowiek był w stanie zerwać wspólnotę ze zwierzętami tylko dlatego, że bardziej niż one narażony jest na choroby i o wiele łatwiej im ulega. Choroba to ciało, które się buntuje, nie chce więcej służyć. Jego emancypacja objawia nam nasze organy, ukazuje ich znaczenie i kruchość oraz nasze od nich uzależnienie. Podczas gdy w zdrowiu nie wiedzieliśmy o ich istnieniu, choroba nie pozwala nam o nich zapomnieć. Zakłócając równowagę organizmu, rodząc napięcie i konflikt, budzi naszą świadomość tak, iż w końcu zaczynamy popadać w coraz większą niewolę ciała – niewolę tym bardziej przerażającą, że zdajemy sobie w niej sprawę ze zniszczalności tego ciała, jego temporalnego istnienia i starzenia się. W Złym Demiurgu Cioran pisze:

"[…] ciało nie jest ani dziwne, ani mroczne, lecz tylko z n i s z c z a l n e – aż do nieprzyzwoitości, aż do szaleństwa. Jest nie tylko siedliskiem chorób, lecz sama chorobą, nieuleczalną nicością, fikcją, co wyrodziła się w katastrofę".

Jak podkreśla K. Jóźwiak, Cioran skupia swą uwagę głównie na świadomości, zaś cielesność interesuje go li tylko w tej mierze, w jakiej jest świadomością cielesności . Pierwiastek racjonalny jest zawsze zależny od ciała i wszystkiego, co z nim związane. Gdy schorzenia organizmu nie pozwalają nam dalej funkcjonować, umieramy, zaś wraz z nami ginie nasza świadomość. Jesteśmy bez reszty uzależnieni od cielesności, pod której dyktando działa nasz duch i której w żaden sposób z tym duchem nie da się pogodzić. Jeśli ktoś pojmuje ducha w oderwaniu od faktu skończoności ludzkiego istnienia oraz ułomności i sprzeczności życia widocznie nie ma dostatecznej świadomości swego ciała, nie czuje go, lecz płynie razem z nim w zgodnym nurcie życia codziennego. Tylko ludzie nieświadomi i zadowoleni ze swojej sytuacji wynoszą własną duchowość pod niebiosa właściwie nie wiedząc czym ona jest. Z kolei ci, którzy mają jej w nadmiarze, zazwyczaj odrzucają ją, gdyż zdają sobie sprawę z prawd, które jest ona im w stanie objawić. Zadowolenie z oddychania, trawienia, wysiłku fizycznego i kopulacji można czerpać tylko wtedy, gdy zapomni się, że jest się żywą istotą. Każda czynność wymaga od nas minimum nieświadomości. Działanie i myślenie natychmiast ulegają zakłóceniu lub zostają przerwane, ilekroć odczuwamy fizyczną obecność któregoś z organów . Umysł mówi nam, że jesteśmy podmiotami, ale wskazuje też na istnienie materii, która osadza nas w świecie przyrody. Od tego momentu nie potrafimy uwolnić się od smutku spowodowanego własną materialnością. Będąc podmiotami odczuwamy siebie jako przedmioty i przerażeni tą dwoistością, a zwłaszcza zniszczalnością pierwiastka materialnego nie potrafimy włączyć się w nurt codziennych spraw. Ciało jest źródłem doświadczeń, które z jednej strony pobudzają naszą świadomość i skłaniają do działania, jednakże z drugiej strony odrywają nas od świata, stawiają naprzeciw niego i przypominają nieustannie, że jesteśmy śmiertelni. Według Ciorana świadomość własnej skończoności jest oznaką „najgłębszego schorzenia życia” , budzi panikę, grozę i strach:

"Trudno wprost uwierzyć, do jakiego stopnia strach zrośnięty jest z cielesnością; przylega do niej tak ściśle, że nieledwie stapia się z nią w jedno. […] Jest on jedyną więzią braterską łączącą nas ze zwierzętami, choć zresztą one znają go tylko w formie naturalnej, zdrowej, by tak powiedzieć, nie mając pojęcia o tym drugim, rodzącym się bez powodu […]" .

Strach „rodzący się bez powodu” nie do końca nie ma swojej przyczyny, gdyż wynika z samego faktu bycia człowiekiem, a więc istotą, której ciało zdradziło materię i która musi za to odpokutować złym samopoczuciem, pogarszanym dodatkowo przez niepokój będący świadomością strachu, „metastrachem” lub inaczej strachem rozmyślającym o samym sobie. Niepokój, nieprzerwanie trzeźwiąc umysł, przeszkadza nam stopić się w jedno ze światem, włączyć w całość i zatracić się w niej. Chociaż początkowo sprzyja refleksji, z czasem podcina jej skrzydła i pozostawia nas w obliczu jasnej i nieodpartej świadomości nieuniknionego. Przy najmniejszej utracie kontroli, upojeniu się działaniem czy też spekulacją, stanowiąc przeciwieństwo natchnienia i twórczej inwencji, paraliżuje nas i przywołuje do porządku, nie pozwalając tym samym wydostać się myśli z jej własnego, ogarniętego lękiem kręgu.

3. Przekleństwo świadomości

Cioran przyrównuje moment pojawienia się samoświadomości do kosmogonicznej tragedii i twierdzi, że inwazję psychiki na tkankę cielesną można uznać za swego rodzaju „biologiczny skandal”, patologię w świecie przyrody . Wygnanie Adama z raju było początkiem substancjalizacji ego człowieka i jego wyjściem ze stanu nieświadomości. Przed nami natura wzrastała obojętnie, zaś my sami byliśmy jej częścią, pogrążeni bez reszty w cielesności tkwiliśmy w pierwotnym stanie szczęśliwości, nie stanowiliśmy różnicującego, indywidualnego naddatku. Opis zerwania owocu z Drzewa Poznania ukazuje punkt, w którym nastąpiło rozerwanie prajedni bytu, człowiek zaczął posługiwać się rozumem i, jako istota świadoma własnego istnienia, mógł powiedzieć, że jest. Opuścił szczebel, który zrównywał go z naturą i podczas gdy wcześniej był tylko bytem pośród innych bytów, wraz z uzyskaniem świadomości stał się zarazem czymś więcej i czymś mniej niż byt. Cioran, będąc przekonany, iż stworzenie nie przewidywało ducha, zaś wszystko poza naturą jest przekleństwem i bólem, nie ma wątpliwości, że człowiek jest li tylko wypadkiem, dziwacznym zwierzem. Mając to na uwadze, wysuwa pod jego adresem cały szereg epitetów: ten, który jest „zarażoną materią” , „ostatnim wybrykiem, na jaki pozwoliła sobie natura” , „przypadkiem do kwadratu” , „zwierzęciem a n o r m a l n y m, o mizernej zdolności przetrwania i samoafirmacji, gwałtownym z racji swych niedostatków, a nie tężyzny, nieprzejednanym, bo słabym, i agresywnym właśnie wskutek swego nieprzystosowania”, „jawi się on Naturze jako epizod, dygresja, herezja, jako mąciwoda, dziwak i zbity z drogi włóczęga”, „jest zaiste wybrykiem natury, którego pojawienia się nic nie zapowiadało”, „obolałą materią, wyjącym ciałem, kośćmi drążonymi przez krzyki”, „zwierzęciem zbłąkanym”, „przykładem antynatury”, „rozdwojony już u korzenia”, „pod względem psychicznym bardziej pokraczny niż dinozaur pod względem fizycznym” .

Od zarania dziejów niewiedza jest podstawą ludzkiego świata, kreuje go, gdyż bierze za rzeczywiste to, co wcale takie nie jest. Starsza i potężniejsza od bogów, służy za fundament wszystkim naszym prawdom – dzięki niej mamy upodobania, potrafimy się uśmiechać, pełni entuzjazmu organizujemy sobie życie i wydajemy potomstwo. Póki coś robimy, wierzymy, że to ma jakiś sens, inaczej każdorazowo powstrzymywalibyśmy się od działania. Jednakże z chwilą gdy przestajemy działać, i z działającego przekształcamy się w sędziego, już nie odnajdujemy owego sensu. Samoświadomość, obok nas samych zaangażowanych we własne sprawy, stawia drugie Ja – Ja naszego Ja – które zdaje się górować nad nami i dla którego to, czym jesteśmy i co robimy nie ma żadnego znaczenia i realności, tak, jakby chodziło o wydarzenia dawno już zaistniałe i ze względu na swoją odległość w czasie zupełnie nieistotne . Krocząc w stronę ducha zawsze uchybiamy życiu, gdyż nadmierne myślenie i poznanie nie są niczym innym jak formami profanacji. Nie można bezkarnie demaskować własnych fikcji, nikt troszczący się o równowagę tego nie robi. Kiedy działamy i przenikamy to działanie, rozkładowi ulega zarówno sam czyn, jak i wiedza na podstawie której został on przedsięwzięty. W Na szczytach rozpaczy Cioran podkreśla:

"Prawdziwe myślenie podobne jest demonowi, który mąci źródła życia, albo chorobie atakującej korzenie tegoż życia. Myśleć w każdym momencie, na każdym kroku stawiać przed sobą problemy zasadnicze, stale nosić w świadomości zwątpienie co do własnego przeznaczenia, odczuwać znużenie życiem, być zmęczonym swoimi myślami i własnym istnieniem ponad wszelką wytrzymałość […] – wszystko to znaczy być nieszczęśliwym tak bardzo, że człowiek czuje wstręt do myślenia jako takiego i zadaje sobie pytanie, czy świadomość refleksyjna to przypadkiem nie okropna plaga…" .

Każdy czyn zakłada wizję ograniczoną, nie możemy nieustannie zastanawiać się, co wyniknie z określonego działania za rok, dwa, tysiąc lat, po co w ogóle się go podjęliśmy i czy racje, które nas do niego skłoniły były wystarczające, gdyż to sparaliżowałoby nas i natychmiast zaprzestalibyśmy wszelkiej aktywności. Poznanie, które dociera do kresu, czyniąc świat wytłumaczonym i spenetrowanym, zawsze jest burzeniem jakiegoś porządku, natomiast cały urok życia i jego znośność polega właśnie na tym, że do tego kresu nie dochodzimy . Niszcząc tajemnicę zawartą w istnieniu, budząc w nas odrazę do niego, sprawiając, że rzeczywistość staje się bardziej pospolita, zwyczajna i uboga, poznanie jest czymś nad wyraz niebezpiecznym i niezdrowym. Ponieważ ukazuje jasno i wyraźnie naszą sytuację we wszechświecie, poszerza w ten sposób odstęp między rzeczami a nami oraz skazuje nas na brak oparcia, poczucie oderwania, wyobcowanie ze świata i społeczeństwa oraz całkowitą samotność, która nie jest czymś nabytym, lecz towarzyszy nam, jako jednostkom, już od urodzenia. Mimo to robimy wszystko, co tylko w naszej mocy, by nie pozostawać z samymi sobą sam na sam. Zawieramy nowe znajomości, poszukujemy jednomyślności, nieustannie „przeżuwamy” w myślach ślady pozostawione w nas przez innych, gdyż wyobrażamy sobie, że każde słowo zamienione z drugim człowiekiem jest zwycięstwem nad nicością, jednakże, jak podkreśla Cioran, jest to zwycięstwo służące li tylko temu, by lepiej znosić jej władzę . Jesteśmy istotami organicznie samotnymi, samotnie rodzimy się, cierpimy, kochamy, umieramy i wszystkie odczucia, które towarzyszą tym wydarzeniom i stanom, są czymś ze swej istoty nieprzekazywalnym, zamykają nas w naszym własnym świecie, nakazują skupić się wyłącznie na sobie i sprawiają, że kontakty z ludźmi wydają się nam czystą daremnością . „Inni” są li tylko retorycznymi figurami, niekomunikowalnymi i nieprzystawalnymi światami, które spotyka ten sam los i które jeśli już czemuś służą, to jest to ucieczka od autentycznego istnienia . Dodatkowo, w myśli Ciorana samotne serce stoi naprzeciw samotnego wszechświata, albowiem do samotności, która ma wymiar indywidualny i jest stanem subiektywnego niepokoju i opuszczenia, dołącza się również samotność mająca wymiar kosmiczny. Samotność ta wiąże się z poczuciem, jakoby świat zewnętrzny był pozbawiony jakiejkolwiek treści i znaczenia.

Niegdyś, dzięki brakowi świadomości, należały do nas wszystkie dobrodziejstwa natury, jednakże po wyjściu ze stanu niewinności okazało się, że gdziekolwiek pójdziemy i cokolwiek zrobimy, nie możemy spotkać niczego gorszego niż my sami, a co ważniejsze, nie jesteśmy w stanie się od siebie uwolnić w żaden inny sposób, jak tylko zadając kres własnemu istnieniu. Pojawienie się świadomości było sprzeczną z założeniami życia „niebezpieczną inwazją w łono świata ożywionego” Podczas gdy zwierzęta, znosząc niedole, nie cierpią z powodu niszczenia własnego organizmu, w przypadku człowieka samoświadomość zmusza do zdania sobie sprawy z nietrwałości pierwiastka materialnego i w ten sposób czyni choroby stokroć dotkliwszymi. Ponieważ nieustannie przypomina nam o bezsensie i śmierci, jest otwartą raną egzystencji, nie zadrą, lecz sztyletem wbitym w ciało . Im jej więcej, tym więcej cierpienia i zła, gdyż są one równoważne, oraz tym większe prawo do zatraty. Tak więc Cioran, uznając, że wzrost zorganizowania materii decyduje o stopniu odczuwania tragiczności życia, chciałby cofnąć się do bezruchu materii nieorganicznej i doznać ukojenia w głębi pierwiastków. Według niego lepiej być zwierzęciem niż człowiekiem, rośliną niż zwierzęciem, kamieniem niż rośliną. W Złym Demiurgu pisze:

"Ciało, coś tak o c z y w i s t e g o, jest przecież jakąś anomalią; im dłużej się nad nim zastanawiamy, z tym większą trwogą odwracamy się od niego. Im częściej je rozważamy, tym chętniej kierujemy się ku minerałowi, ku petryfikacji. Żeby móc znosić jego widok czy myśl o nim, konieczne jest coś więcej niż tylko odwaga; trzeba do tego cynizmu".

Miast nieświadomie rosnąć i usychać zmagamy się z sensem własnego istnienia i chociaż jesteśmy wielcy przez to, że potrafimy rozpoznać swój dramat oraz uczestnictwo w porządku innym niż naturalny, będąc wolni zazdrościmy nawet najgorszej niewoli natury . Między nami a życiem wytworzył się dystans, którego nic nie potrafi znieść, dlatego też tęsknimy do pierwotnej nieświadomości, która była naszą prawdziwą ojczyzną i którą zamieniliśmy na metafizyczne wygnanie, czyli świadomość wraz z niesionymi przez nią niedogodnościami istnienia. Gdziekolwiek byśmy się nie znajdowali, towarzyszy nam poczucie, że jesteśmy gdzieś daleko od właściwego nam miejsca. Wszędzie napotykamy oznaki nieprzynależności i bezużytecznej gry, udajemy zainteresowanie czymś, co nas zupełnie nie obchodzi i nigdy nie możemy powiedzieć o sobie, że jesteśmy „w środku”. Zawsze przyciąga nas coś, co znajduje się gdzieś indziej, ale czym jest to „gdzie indziej”, tego już nie wiemy . To z kolei rodzi smutek, który jest niczym innym jak konsekwencją wyjścia ze stanu nieświadomości i jeśli ktoś mówi, abyśmy postarali się nie być smutni, prosi tym samym o wyzbycie się czegoś, co wypływa z naszej istoty, albowiem być człowiekiem znaczy smucić się.

4. Samoświadomość a problem śmierci

W odniesieniu do myśli Ciorana można pokusić się o stwierdzenie, iż żal za utraconą ojczyzną jest tak wielki, że wzbudza w nas skłonności autodestrukcyjne, których do końca sobie nie uświadamiamy. Sednem pragnienia śmierci jest chęć powrotu do materii, zaś historia okazuje się być tutaj drogą okrężną umożliwiającą nam to. Z jednej strony jest ona przestrzenią, która, poprzez stany negatywne i nieustanny kryzys, pobudza naszą świadomość, z drugiej jednak instynkt zdobywcy i badacza jest w nas tak silny, że pomagając nam, równocześnie wiedzie nas na skraj przepaści. To ponad nasze siły nie ulec zatracie, oddajemy się euforii samozniszczenia wierząc, iż jest ona najlepszym lekarstwem na samoświadomość i szansą powrotu do stanu materii nieorganicznej. Kto przeżyje swoje człowieczeństwo z największą intensywnością, aż do korzeni, wcale nie będzie zadowolony z tego kim jest i zechce stać się czymkolwiek, tylko nie człowiekiem. Cioran wprost wyrzeka się tego człowieczeństwa twierdząc, iż człowiek jako istota tworząca rzeczy, które natychmiast obracają się przeciwko niej, musi zniknąć . W miejscu znanej tradycji filozoficznej Zachodu perspektywy progresywnej, pojawia się u autora Na szczytach rozpaczy perspektywa regresywna, zaś ludzie zamiast przekształcać się w bogów, przekształcają się w insekty, które bez żadnego trudu mają to, czego człowiek nie może osiągnąć nawet za cenę największego wysiłku . W Światłocieniach zła C. Wodziński pisze:

"C z ł o w i e k o d p o c z ą t k u j e s t s w o i m w ł a s n y m k o ń c e m. Dodajmy jednak, że właśnie to, co w głównych nurtach metafizyki europejskiej opatrywane było w> człowieku znakiem p l u s – a więc metafizyczna transgresyjność, immanentna istocie ludzkiej transcendencja, czy słowem: jej meta-fizyczność – kwalifikowane jest przez Ciorana radykalnie i n m i n u s".

Należy jednak podkreślić, że chociaż śmierć, pozwalając odzyskać przestrzeń sprzed narodzin, stanowi swego rodzaju wybawienie, to staje się nim dopiero z chwilą wydania ostatniego tchnienia, natomiast wcześniej żadna nasza myśl nie jest wolna od lęku przed nią. Również tutaj Cioran ucieka się do klasyfikacji ludzi i dzieli ich na tych, którzy posiadają świadomość śmierci oraz tych, którzy jej nie posiadają . Dla zwykłego człowieka śmierć jest czymś zewnętrznym i jakościowo różnym od życia. Nie dostrzega on, że jego własna cielesność skazuje go na zaburzenia, katastrofy i zniszczenie, zaś śmierć, będąc drugą stroną medalu, jest wpisana w ludzką egzystencję. Nawet jeśli dozna uczucia, że jego życie nie jest czymś ostatecznym, to tylko tymczasowo i zazwyczaj nie popada przez to w żadną obsesję. Ze wszystkich sił stara się odsunąć od siebie myśl o śmierci, ją samą wydziedzicza, sprowadza do zgonu, zaś codzienności nadaje względem niej pełną autonomię. Podczas gdy starożytni mnisi kultywowali sztukę strząsania z siebie życia, człowiek współczesny chciałby umierać tak, jak gdyby śmierć nie istniała – li tylko raz jeden i to u kresu swych dni. Śmierć jest dla niego wyłącznie uciążliwą szarpaniną, której należy jak najszybciej umknąć. Strach, zazwyczaj będący objawieniem się w nas świadomości, w jego przypadku pełni rolę pomocnika przyszłości, stymuluje go i zmusza do samoafirmacji przez ucieczkę od samego siebie – im jest większy tym większa potrzeba zamaskowania paniki poprzez działanie i tym większy nałóg produkowania . W konsekwencji sfera strachu i świadomości ulega skurczeniu, zaś przekarmiony wrażeniami człowiek staje się niewolnikiem własnych skłonności. Mimo że wszystkie racje stoją po stronie śmierci i nie ma argumentu, który przemawiałby za życiem, on, ciekawy swego przeznaczenia miłośnik niewiadomego, wybiera właśnie życie. Chwyta się kolejnych dni, gdyż zadanie sobie śmierci wydaje mu się czymś nazbyt logicznym i o wiele mniej atrakcyjnym niż przygoda istnienia. W Na szczytach rozpaczy Cioran pisze:

"Czy można mówić o śmierci, nie poznawszy agonii? Śmierć można pojąć tylko wówczas, gdy życie odczuwamy jako długotrwałą agonię, w której śmierć splata się z życiem. […] Wejść w śmierć nie znaczy (jak to głosi potoczne mniemanie, a w szczególności chrystianizm) wydać ostatnie tchnienie i wkroczyć w krainę o innej niż życie strukturze i rzeczywistości, lecz w życiowej progresji odkrywać drogę ku śmierci i w pulsowaniu życia odnajdować jej otchłanną immanencję".

Wszystko, czego możemy się nauczyć, obserwując własną witalność, nieodwołalnie unieważnia nas, wyrywa z mnogości życiowych iluzji, zaprzecza kłamstwom i nadziejom oraz ukazuje demonizm stawania się i niszczenia, który jest ze swej istoty czymś irracjonalnym, wyzbytym celu i jakościowego postępu – w świecie, gdzie życie rodzi formy tylko po to, by za chwilę uległy one zatracie nie może być mowy o żadnym sensie. Jedyne uniwersum znaczenia rodzi się i umiera wraz z naszą świadomością, ona jest wszystkim i gdy ustaje jej aktywność pociągamy cały wszechświat w nicość, nawet jeśli obiektywnie to nieprawda i nawet jeśli nic z nami nie przepada. Zdawać sobie z sprawę z tego, że śmierć jest czymś nieuchronnym i że wraz z nią nastąpi definitywny kres naszego istnienia, to nie umierać li tylko raz jeden u schyłku swego życia, lecz naznaczać każdą jego chwilę agonią i perspektywą końca. Odczucie fatalności bycia daje nam znać, iż śmierć nie jest gościem, ale współlokatorem. W tym kontekście życie okazuje się być swoistą drogą-ku-śmierci, a może właściwiej drogą-w-śmierci-ku-śmierci, gdyż każdy krok w życie jest zarazem krokiem w śmierć.

Nie byłoby mowy o przerażeniu faktem własnej śmiertelności gdyby nie to, że umieranie z reguły powiązane jest z utratą czegoś wartościowego. Śmierć ma sens tylko dla tych, którzy, nie mogąc uciec przed absolutem własnego „ja”, kochają życie i którym wchodzi ono do głowy wszystkimi zmysłami. Zdaniem Ciorana wyłącznie „bogacze czują śmierć, ubodzy jej oczekują; żaden żebrak nigdy nie umarł” . Lęk przed czekającą nas stratą nakazuje umierać w każdej chwili, natomiast ktoś, kto go nie odczuwa wydaje się być nieśmiertelny, gdyż nie wie, że umiera. Ponieważ żyć równa się lękać, bez lęku przed śmiercią nie ma samej śmierci, jak i życia . Wszystko, co jest zapowiedzią końca nadaje życiu nową jakość, zmienia je, rozwija i sprawia, że staje się ono pełniejsze. Ludzie, dla których śmierć nigdy nie była wewnętrzną obecnością i którzy spotykają ją tylko u kresu swych dni, mają zbyt mało czasu na to, by objawiła im ona prawdy egzystencji. Wszelki bunt przeciwko niej jest chwilowy i daremny, ponadto powoduje, że związane z nią odczucia stają się powierzchowne. Trwały i głęboki jest wyłącznie lęk.

Godny podkreślenia jest fakt, iż tym, co według Ciorana przeraża najbardziej i w najdotkliwszy sposób daje nam znać o zbliżającym się końcu, nie są wcale obrazy marności rzeczy tego świata, lecz piękno. Z jednej strony rozdziera nas szczęście nurzania się w nim, nasze zmysły wznoszą się ponad czas, natomiast z drugiej, będąc beneficjentami nieporównanego z niczym zysku, napotykamy na świadomość nieuniknionej straty . W absolutnej doskonałości chwili wystarczy jedna myśl, byśmy przypomnieli sobie o okrucieństwie czasu oraz ulotności tego, co bez reszty nas zachwyca i pozwala zapomnieć o niedogodnościach istnienia. Cioran pisze:

"Strach przed końcem rozkoszy zatruł raj moich zmysłów, bo w nich nic nigdy nie powinno się dokonywać. Głębiej ranią mnie wspaniałości świata niż porywy ciała, broczyłem krwią częściej ze szczęścia niż z rozpaczy".

Sztuka i miłość nie są w stanie pokonać nieuniknionego, po pierwsze dlatego, że moment upojenia jest czymś przemijającym, po drugie, w trakcie najintensywniejszego zachwytu odczucie szczęścia i błogości jest tak wielkie, że, miast niszczeć, rodzi się w nas pragnienie śmierci, o której sądzimy, iż jako jedyna jest w stanie uchronić od świadomości nadchodzącej straty. Cioran jest przekonany o tym, że piękno nie ocala i jako „ikona wiecznej marności” sprzyja li tylko pogłębianiu się ambiwalentnego stosunku do rzeczywistości, którą kochamy, lecz równocześnie nienawidzimy, ponieważ nie możemy obronić jej oraz siebie przed unicestwieniem,.

Tak więc śmierć, będąc potencją stale obecną w człowieku, potencją, która kiedyś ostatecznie się zaktualizuje, jest jedyną pewną rzeczą w życiu człowieka. W jej obliczu gasną radości, naiwność, rozkosze, niknie wszelka moralność, dzieje ludzkości zostają pozbawione sensu i celu, zaś z wszystkiego, co zrobimy i powiemy prędzej czy później nie pozostanie nic. Wobec faktu, iż pewnego dnia nas nie będzie, nawet wiedza na temat tego, kim jesteśmy zostaje pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia, a zatem „wszystko jest niczym, w tym i świadomość niczego” . Jako „nieodwracalna likwidacja możliwości” , śmierć, czyni wszystkie nasze sprawy przegranymi, zaś nas samych przedmiotami – jest dla człowieka dyshonorem, hańbą oraz tryumfem i potwierdzeniem materii. Ponieważ nie da się o niej mówić inaczej jak o niebycie, czy też nicości, Cioran dochodzi do wniosku, iż nie istnieje pozytywne określenie jej fenomenu:

"Nie bardzo rozumiem, w co mianowicie można by wejść poprzez śmierć. W tej dziedzinie wszelkie stanowcze stwierdzenia wydają mi się bałamutne. Śmierć nie jest stanem, może nie jest nawet przejściem".

Jedyne co jesteśmy w stanie powiedzieć w obliczu nieuchronnego, to słowa pewnego chłopa, który przypatrując się konduktowi żałobnemu powtarzał tylko „Tak to jest… Tak to jest…” Zdaniem Ciorana niczego innego nie można już dodać.

Data publikacji: 28-07-2008

<- Wróć do działu
Do góry