Westernizacja czy modernizacja


Działy   Wyszukaj

Radosław S. Czarnecki

Coraz większa część produkcji dóbr kultury przybiera postać industrialną,
krąży w międzynarodowych sieciach telekomunikacyjnych, dociera do mas
konsumentów, którzy uczą się roli odbiorców treści bez żadnego związku z terytorium.
Nestor Garcia CALCINI

Jeżeli za westernizację uznamy przyjmowanie wzorów kultury zachodniej i ich powszechną akceptację, a za modernizację — proces stałego unowocześniania i uwspółcześniania warunków codziennego życia (czyli postęp i rozwój społeczny) to uprawniona jest równocześnie dekretacja (według europocentrycznego i judeo-chrześcijańskiego postrzegania świata) nierozłączności obu tych znaczeń, zarówno w sferze teorii jak i praktyki. I tak też się dzieje w ostatnich dekadach w skali całego globu.

Judeochrześcijańska wizja rzeczywistości zakłada od swego zarania jako dogmat nierozłączność pojęć, będących immanentną częścią monoteistycznej wiary w jedynego Boga, a korelujących bezpośrednio ze wspomnianymi wyżej określeniami opisującymi początki XXI wieku: wybrania i misyjności. „Wybranie" ludu bożego zakłada jednoznacznie „lepszość" wyznawców Prawdziwego Boga i upoważnia ich do szerzenia — wszelkimi dopuszczalnymi i możliwymi środkami — prawdziwej wiary w świecie barbarzyńców, odstępców, niedowiarków i heretyków. Przykładów z historii ludzkości jest aż nadto więc nie warto tu przytaczać po raz kolejny powszechnie znanych i jednoznacznie brzmiących faktów. Niech ich ilustracją pozostanie XVI-wieczna dysputa z Valladolid między dostojnym J.G.de Sepulvedą, a o.B.de las Casasem i jej efekty dla Nowego Świata.

Od 1492 roku — czyli od odkrycia Ameryki przez K.Kolumba - cywilizacja zachodnia przejawiając niesłychaną ofensywność i zaborczość, połączoną z militarną i finansową przewagą nad innymi formacjami cywilizacyjno-kulturowymi, wpływając tym samym na kierunki oraz formy rozwoju i postępu całej ludzkości, ogarnia coraz szersze połacie Ziemi i kolonizuje kolejne zbiorowości. Po upadku systemu komunistycznego, który podzielił jednorodny XIX-wieczny świat na dwa przeciwstawne bloki społeczno-polityczne i stanowił jakby swoiste pandemonium w odwiecznym świecie porządku, pokoju bożego i tradycyjnych wartości (św. Franciszek z Assyżu miał mawiać, że porządek polega na podziale rzeczy równych i nierównych) sytuacja wróciła do minionych zdawałoby się standardów — parafrazując powiedzenie św. Augustyna o Duchu Świętym można rzec, że kapitał ponownie wieje kędy chce. A stąd biorą się określone sytuacje, pojawiają się wiadome relacje i powstają charakterystyczne związki przyczynowo-skutkowe.

Zmiany w systemie funkcjonowania gospodarki światowej wynikające z nowych technologii jak również z przezwyciężenia ideologicznego podziału świata, mondializacja (czyli globalizacja) i koncentracja kapitału, jak również coraz szersza i agresywna działalność w skali całego globu ponadnarodowych koncernów i korporacji powodują, iż kultura i jej dobra stają się coraz bardziej produktem, towarem i jednocześnie materiałem propagandowym określonego stylu życia, mód, trendów czy sposobów myślenia, zachowań, odbioru rzeczywistości itd. „W nowej erze kultura staje się dominującą formą działalności ekonomicznej, a więc ważne jak posiadanie majątku staje się zapewnieniem dostępu do wielu zasobów i przeżyć kulturalnych, duchowego pokarmu dla psychiki człowieka" . Tym samym kultura staje się z jednej strony kolejną ofertą ogólnoświatowego i zglajchszaltowanego rynku, a z drugiej — elementem promocyjnym określonej, przemielonej, skosmopolityzowanej i zestandaryzowanej wedle zachodnich wzorców, quasi ideologii.

Jest wiadomym, iż największe firmy świata takie jak IBM, Warner Bros, Alcoa, duPont, Caterpilar, Boeing, GM, Texaco, Exxon, Mobil, Chevron, US Steel czy Ford (nie wspominając o branży bankowej) kojarzą się bezsprzecznie ze Stanami Zjednoczonymi AP (czyli czołową siłą Zachodu). To one (te firmy) były dotychczas niejako ambasadorami czy wizytówkami tej cywilizacji w pozaeuropejskich kręgach kulturowych, stanowiły o eksporcie (poprzez zatrudnienie, organizację pracy czy swoje produkty) wizerunku i dorobku materialnym białego człowieka. Tak było do chwili rozpoczęcia przyspieszenia procesu globalizacji, zastosowania nowych technologii w systemie informatyczno-telekomunikacyjnym oraz wejścia systemu kapitalistycznego w fazę tzw. turbokapitalizmu .

Jak zauważa prof. J.Rifkin znany ekonomista i politolog amerykański, w chwili obecnej to kultura stała się najważniejszą sferą zysków gigantów gospodarki światowej. Korporacje zajmujące się produktem dóbr kultury takie jak PolyGram, Sony, News Corporation, Disney, Bertelsmann AG, Viacom czy Seagram wykorzystując „... rewolucję cyfrową w środkach komunikacji łącząc cały świat ze sobą, w rezultacie wciągają nieubłaganie sferę kultury do działalności komercyjnej, która przekształca dobra kultury w komercyjne doznania uszyte na miarę klienta, masowe spektakle i rozrywkę osobistą" .

W tym wymiarze nie możemy już jednoznacznie mówić o komplementarności i uzupełnianiu się westernizacji i modernizacji. Co prawda modernizacja niesiona przez cywilizację białego człowieka w epoce kolonialnej i postkolonialnej kojarzyła się zawsze ze zmianą miejscowych stosunków społecznych, sposobu pracy czy wytwórstwa, gustów, mód i przyzwyczajeń, ale odbywało się to raczej w sferze „materii" niż „ducha". Obecnie tak już się nie dzieje.

Weźmy jeden z aspektów tradycyjnie pojmowanej kultury — taniec i śpiew. W końcu lat 90-tych obserwowano nagłe zainteresowanie muzyką celtycką. W latach późniejszych podobny boom i reklama dotknęła innych, lokalnych gatunków muzyczno-tanecznej twórczości ludowej: salsa z Kuby, zouk z Antyli Francuskich, rai z algierskiego Oranu, quawwali z Indii, gamelan z Bali i Jawy, rap - jako forma komunikacji czy rozrywki młodych i kolorowych (przede wszystkim - Afroamerykanów) mieszkańców północnoamerykańskich wielkomiejskich gett itd. Wcześniej — choć nie na tak masową skalę jak obecnie — podobną fazę komercjalizacji i eksploatacji (ale w innych warunkach i w diametralnie różnej przestrzeni medialno-handlowej świata) przeżyły jamajskie reggae i nowoorleański blues, wykorzystywane przez kulturę rockową.

Wszystkie wymienione tu lokalne gatunki oraz formy kultury (przeważnie wiążą się one nie tylko z muzyką ale są postrzegane znacznie szerzej) powstały w określonych warunkach społeczno-ekonomicznych obrazując stan umysłu i ducha ich twórców. Są przekaźnikiem o społecznym, politycznym i psychologicznym, ale wybitnie lokalnym, znaczeniu. Zarówno odbiorca jak i wykonawca pozostają w symbiozie naznaczeni tym właśnie specyficznym, bo autochtonicznym, stygmatem. Często instrumenty na których wykonywało się owe utwory uważane były za sacrum (jak np. w przypadku jawajsko-balijskiego ruchu gamelan). „Duch" nowoorleańskiego bluesa, jamajskiego reggae czy algierskiego rai w powodzi komercyjnej i przefiltrowanej przez elektronikę oraz europejskie brzmienie formy umiera, zanika, wyparowuje. Muzyka staje się czystym produktem komercyjnym, podczas gdy do tej pory była czymś więcej niż tylko towarem. Porównajmy dla przykładu utwory (i niesione przez nie przesłanie) B.Marleya z okresu jamajskiego i z czasów późniejszych gdy nagrań dokonywano w renomowanych studiach wytworni płytowych. Jakość dźwięku i brzmienie się poprawiły bezspornie, tylko drapieżności, autentyczności i „ducha" slumsów z Kingston już nie stało.

Lokalne dobra kultury, w tym np. muzyka, śpiew czy taniec, oprócz walorów rozrywkowych niosły zawsze elementy niezwykle ważne dla danej zbiorowości (zwłaszcza w sferze wspólnych doznań, przeżyć czy doświadczeń). Mody i powszechna glajchszaltyzacja, będące immanentną częścią współczesnej komercji, deprecjonują te wartości, powodując ich prymitywizację, wulgaryzację czy wreszcie zanik. Tworzy się cywilizacyjno-kulturowa pustynia na której funkcjonują jednorodne produkty o jednoznacznie określonym wyrazie, formie i treści. Duchowa i kulturowa pustka tworzy obszary beznadziei, wykorzenienia, degrengolady mentalnej, wreszcie nienawiści i buntu (które są źródłem ślepej przemocy) wobec tak pojmowanej rzeczywistości niosącej oprócz niedoli materialnej także psychologiczną — zbiorową oraz jednostkową — dzicz. Z poczucia braku jakiejkolwiek alternatywy — bo system jest jakby wszechogarniający - nie dziwi, że hasła walki z"Wielkim Szatanem" trafiają na podatny grunt.

Jest to kontynuacja (tylko w innym wymiarze) procesu cywilizowania dzikich z epoki kolonialnej, którego kwintesencję K. Darwin określił jako śmierć tubylców w miejscu gdzie staje noga białego człowieka .

I tak dzieje się ze wszystkimi dobrami kultury, które są obecnie traktowane jako przedmiot handlu, element zysku i reklamy beztreściowej, bezwyrazowej i amorficznej cywilizacji. Tak pojmowana detradycjonalizacja powoduje depersonalizację kultury oraz oderwanie jej od miejscowego kontekstu społecznego. Dotyczy to zarówno muzyki, literatury, malarstwa itd. Jest ona - nie miejsce tu na dywagacje czy jest to pogląd słuszny czy błędny: taki po prostu jest odbiór społeczny w wielu miejscach na świecie - postrzegana właśnie jako kultura tzw. Zachodu. Przynoszą ją bowiem angielskojęzyczne media i reklamy, sprzedają sklepy o określonej przez „logo" zachodnich firm tożsamości, zyski czerpią wspomniane wcześniej giganty światowego showbusinessu identyfikowane bezwzględnie z tym właśnie kręgiem cywilizacyjnym.

Raport UNESCO z 1998 roku (czyli sprzed dekady, kiedy jeszcze do konfrontacji między cywilizacją zachodnią, a tzw. „resztą świata" nie dochodziło w tak drastyczny sposób jak w Nowym Jorku, Madrycie, na Bali, Afganistanie czy Iraku) ostrzegał, że „...wartości kulturowe, które identyfikują i wiążą wspólnoty lokalne, regionalne lub narodowe, są zagrożone zniszczeniem przez nieubłagane siły rynku globalnego. W tych warunkach należy odpowiedzieć na pytanie jak społeczeństwa mają dać sobie radę ze skutkami globalizacji, by nie narazić na szwank kultury lokalnej czy narodowej i wspierającej ją kreatywności, lecz zachować je i wzbogacić" . Od tego czasu rynek pochłonął, przerobił i wypluł w formie bezpostaciowej papki kolejne obszary kultury. Nasuwa się tu parafraza znanego przysłowia o psach szczekających na karawanę, która jednak idzie dalej i pozostawia za sobą następne obszary kulturowej pustyni. Ale ten ugór obraca się coraz wyraźniej przeciwko tej cywilizacji, która skazuje kulturę na ciągłą zabawę, bezmyślność, duchowo-kulturową jałowość i mentalno-psychologiczne wydziedziczenie z lokalnego kręgu społecznych znaczeń, wartości czy funkcji.

Prof. Z. Stachowski, religioznawca i filozof, zauważa w tym kontekście, że nie sposób jest nadal zachowywać się w sposób hegemonistyczny i optymistyczno-pretensjonalny, przy równoczesnej świadomości multikulturowej istoty naszego świata., nie wchodząc jednocześnie w konflikt z własnymi, do tej pory głoszonymi jako wartości naczelne cywilizacji Zachodu, zasadami. Czyli pojęciami i cnotami świadczącymi ponoć zawsze o rzekomej wyższości Zachodu nad nieeuropejskimi kulturami. „Chyba, że w sposób bezwarunkowy uznamy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka, służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość -a więc te idee, które tę kulturę wytworzyły — zwłaszcza wówczas gdy wartości te i wzory zechciano by urzeczywistniać w innych realiach kulturowych lecz bez naszej akceptacji. Represyjność naszej kultury, wobec obszarów i kultur niepokornych i nie dających się ujarzmić kulturowo jest po prostu zatrważająca" .

Cóż można więc zrobić, aby zatrzymać ten proces karlenia bogactwa kultury ogólnoludzkiej i rugowania jej wielości, pluralizmu oraz multikulturowości ?

Trzeba sobie jednoznacznie powiedzieć, że refleksja nad istota współczesnej kultury winna dojść do prostej i znanej powszechnie (choć nie stosowanej w praktyce) konkluzji, iż nie wszystko jest na sprzedaż i nie wszystko można kupić. Czyli — należy rozpatrzeć autoograniczanie się rynku i podmiotów na nim działających bądź skonstruować na zasadzie powszechnego konsensu międzynarodowe regulacje prawno-administracyjne dla jego powściągnięcia.

Można też potraktować opisane tu zjawisko jako usprawiedliwione ofiary określonych działań ładotwórczych w przestrzeni globalnej. Powracając w tym aspekcie do tez z początku materiału odnoszonych do „wybrania" i „misyjności" należy podkreślić, iż takie ujęcie byłoby po pierwsze niezgodne z założeniem równoprawności i wielokulturowości, a w dalszej części rozumowania — sprzeczne z podstawowymi kanonami głoszonymi przez Zachód, zaś z drugiej - utwierdzeniem kwalifikacji dorobku kulturowo-cywilizacyjnego w formie antynomicznej: zbawienie — potępienie, uprzywilejowanie — bastardyzacja, cywilizowany — dziki i barbarzyńca.

Zwłaszcza my w Polsce, będąc na pozycjach „słabszego" i mniej konkurencyjnego partnera Zachodu (uważamy się za jego część lecz pokaźna sfera tamtej formacji cywilizacyjno-kulturowej traktuje obszar Europy Środkowej i Wschodniej jako jedno z pól dla działań kolonizacyjnych), po prostu - „młodszego brata" — winniśmy rozumieć i wspierać te tendencje we współczesnej przestrzeni cywilizacyjnej które opowiadają się za multikulturowością i równoprawnym traktowaniem pozaeuropejskiego i niezachodniego dorobku ludzkości.

Data publikacji: 14-04-2008

<- Wróć do działu
Do góry