Przyczynek do rozważań o wolności słowa


Działy   Wyszukaj

Bogdan Miś

Ostatnio często słyszę od niektórych ludzi zajmujących się w taki czy inny sposób mediami, że ich (to znaczy: mediów) powinnością jest dostarczanie odbiorcy dokładnie tego, czego on sobie życzy. „Media pracują na zamówienie społeczne" — powiedział mi niedawno pewien młody teoretyk, dodając, że jest to „istota wolności słowa, która stanowi przecież podstawę demokracji". Po chwili wyjaśnił, iż bez realizacji owego zamówienia i dokładnego wpasowania „produktu medialnego" w zapotrzebowania publiczności nie ma przecież sprzedaży, więc — o czym tu właściwie mówić... 

Niby nie sposób się z takim podejściem nie zgodzić. Jest ono na swój sposób sterylnie logiczne i bardzo, a bardzo rynkowe; więc na czasie. A jednak, a jednak... Coś mnie tu mocno niepokoi. Powiem zresztą od razu, że wiem dokładnie, co; tylko tak się trochę kryguję, by Czytelnika odrobinkę bardziej zaciekawić i wciągnąć we wspólne myślenie o sprawie.

Dla lepszego wyjaśnienia sytuacji — dwa przykłady z życia wzięte. Jakiś czas temu kioski z gazetami w mojej okolicy Warszawy zostały zawalone nowym transportem obrzydliwych antysemickich elukubracji niejakiego nomen-omen Bubla. Pojawiły się przy tym te śmiecie na czołowych miejscach kioskowych wystaw. Oczywiście, jako stary pieniacz natychmiast nieźle zwymyślałem sprzedawców i — w dość nieuprzejmy, przyznaję, sposób — zwróciłem im uwagę, że handlując tym paskudztwem współuczestniczą w przestępstwie.

Wzbudziłem absolutne zdumienie i nietajoną agresję: przecież, po pierwsze, ludzie to kupują; po drugie zaś „dostałem z centrali, a oni chyba wiedzą, co wolno"... Pomijam to „po drugie" jako temat zupełnie odrębnych rozważań nad naszą nadmierną najczęściej służalczością wobec wszelkiej władzy. Ale owo „ludzie to kupują"... Więc jak będą chcieli się u pana kupca-kioskarza zaopatrzyć na przykład w heroinkę albo kałacha, to — co? Też im dostarczymy, jeśli tylko będziemy mieli prawo ustalić odpowiednią marżę? Tylko „sałata" się liczy?

Drugi przykład, mniej pewno jednoznaczny. Nabywam otóż w celach poznawczych — leżące wśród czasopism nazwanych popularnonaukowymi! — pismo „Nexus", wydawane w naszym pięknym kraju na licencji bodajże australijskiej. Czytam — i ręce mi opadają: brednia na bredni, paranoidalne teorie spiskowe, kretyństwa tak straszne, że zęby bolą. W sumie jednak można przyjąć, że to względnie mało szkodliwe: zasięg tego produktu pismopodobnego ograniczony jest zapewne do kręgu osobników troszkę chorych, którym się też przecież coś od życia należy; ludzie z względnie sprawnie działającym mózgiem zauważą z łatwością, że w owym „produkcie" można bez trudu znaleźć na trzeciej — powiedzmy — stronie tezy absolutnie sprzeczne z tymi zamieszczonymi na szóstej. Kupią ewentualnie raz, i więcej nie wezmą do ręki.

Ale jeśli wśród czytelników tej makulatury — przepraszam klientów jej producenta — znajdą się dzieci, którym poetyka opowieści o jakichś ufoludkach czy Naprawiających-Wszystko-Piramidkach trafi do przekonania? Które nie mają jeszcze dostatecznej wiedzy, by odróżnić brednię od hipotezy choćby odrobinkę sensownej? Czy nie weźmiemy pod uwagę, że możemy im zwichnąć psychikę na trwale?

Zróbmy coś z tym; albo — do diabła — bądźmy konsekwentni i nie chowajmy wstydliwie pod obwolutami pornografii, także tej najtwardszej; nawiasem mówiąc, bez żadnych wątpliwości intelektualnie daleko mniej szkodliwej od pseudonaukowych wypocin, nie mówiąc już o rasistowskich elukubracjach.

Nie nawołuję — proszę mnie dobrze rozumieć — do wprowadzenia jakiejkolwiek cenzury prewencyjnej, która by ustrzegła maluczkich przed tego rodzaju niebezpieczeństwem. Chodzi mi jednak co najmniej o to, by przestrzegać obowiązującego prawa i nie umarzać na przykład spraw o upowszechnianie rasizmu czy nietolerancji religijnej „z uwagi na znikomą szkodliwość", bo nie jest ona znikoma. A także o to, by pryncypialnie odrzucić owo podejście „dostarczamy wszystko, co potencjalny klient sobie wymarzy". Może ten czy ów mieć ochotę podnieść sobie oglądalność swej stacji TV przez jeszcze bardziej chamski reality-show czy podnieść sprzedaż swej gazecinki przez publikowanie pseudonaukowych albo rasistowskich bredzeń — ale powinien po prostu zostać natychmiast publicznie napiętnowany (co niniejszym w obu wymienionych przypadkach robię). Powinien poczuć się choć trochę głupio i poza marginesem towarzyskim. A jeśli zajmuje jakieś „decydenckie" stanowisko w firmie mającej w nazwie choćby w domyśle słowo „publiczna" — natychmiast je utracić. Co w szczególności dedykuję w formie życzeń władzom przedsiębiorstwa „Ruch", choć ono już nie jest nijak publiczne i wiem, że życzenia mają niewielkie szanse realizacji.

Aha: przypomnę przy okazji słówko „misja". Wbrew pozorom, to nie jest tylko potoczna nazwa tego, co telewizja publiczna robi głęboką nocą... A jako uzupełnienie krążąca po korytarzach na Woronicza (tamże Telewizja Polska, jak kto nie wie) zagadka: co to jest widz?

Odpowiedź lansowana ponoć przez nową ekipę pana D.: jednostka miary zadowolenia reklamodawców. Wyłącznie.

Data publikacji: 13-03-2005

<- Wróć do działu
Do góry