Pochwała Księgi


Działy   Wyszukaj

Bogdan Miś

Są takie rzadkie momenty w życiu, kiedy człowieka wielkość innej osoby po prostu obezwładnia. Jeśli to się komuś nie przytrafiło — to, moim zdaniem, jest on albo bezgranicznie głupi, albo niewiarygodnie zarozumiały; najczęściej jedno i drugie naraz, bo obie te cechy „lubieją" chodzić w parze. W każdym razie — głęboko współczuję tym, którzy tego nie doznali. Ja miałem to szczęście wielokrotnie. Kilka razy - per procura, czyli bez rzeczywistej znajomości z Wielkością, co w najmniejszym stopniu nie zmienia faktu, że odczuwałem jej obecność w moim życiu niemal fizycznie.

Tak było na przykład z genialnym matematykiem, Stefanem Banachem: najpierw zachwycił mnie ogrom i geniusz jego dzieła, potem dosłownie wtarła mnie w ziemię jego osobowość, poznana dzięki opowieściom przyjaciół i bliskich uczonego. Teraz zanosi się na to, że znów mnie „wzięło".

Człowiek, o którym chcę Czytelnikom opowiedzieć, ma dziś 67 lat. Skończył studia matematyczne; w wieku 25 lat — czyli ani za wcześnie, ani za późno — zrobił w tej dziedzinie nauki doktorat, potem zaś zajął się komputerami. Stał się wkrótce w informatyce jednym z największych autorytetów w skali świata. Na rok przed zdobyciem stopnia naukowego zaczął pisanie dzieła swojego życia... i nie ukończył go do dziś nawet w połowie; a mimo to stworzył rzecz monumentalną, niepowtarzalną i jedną z najważniejszych w nauce! Dzieło zamierzone jest na siedem opasłych tomisk; przez czterdzieści lat udało mu się napisać trzy — i te trzy tomy, nieustannie doskonalone, poprawiane, pieszczone i cyzelowane są lekturą obowiązkową dla każdego specjalisty.

Jeden drobny szczegół: kiedy nie zadowoliły go starania drukarzy, by odpowiednio przedstawić na stronach dzieła dość skomplikowane formuły matematyczne — stworzył dla nich słynny program TEX, używany dziś przez wydawnictwa naukowe całego świata (i przez większość uczonych, którzy dzięki niemu sami mogą czuwać nad poprawnością swych ksiąg); kiedy nie podobały mu się używane przed laty kroje pism — wymyślił służący projektowaniu nowych krojów komputerowy system METAFONT...

Informatycy już wiedzą: chodzi o profesora Donalda E. Knutha. Dzieło jego życia, przesławna „Sztuka programowania" — potwornie trudna do przetłumaczenia, nawiasem mówiąc — zostało wydane kilka lat temu po polsku przez WNT z niesłychanym pietyzmem (zachowano z maksymalną wiernością układ oryginału, a nawet użyto identycznych krojów pism); i nie wzbudziło na naszym rynku wydawniczym niemal żadnej — poza środowiskową — sensacji; niepojęte!

Tu wielce smakowita historia: księga jest tak doskonała, że profesor Knuth wystawia czek na 2,56 dolara (nie mam pojęcia, czemu akurat na taką sumę) każdemu, kto w angielskim oryginale znajdzie najmniejszy błąd; o ile wiem, żaden nie został zrealizowany, ponieważ każdy, kto taki czek z podpisem Knutha otrzyma, oprawia go natychmiast w ramki i wiesza na ścianie: jest to uważane za coś równie cennego jak dyplom doktorski!

Nie jest to, naturalnie, książka „do poduszki". Sam Knuth liczy, że idealny jej czytelnik stworzył już z powodzeniem co najmniej cztery programy. Ale przejrzeć ją — radzę spróbować nawet ludziom nie mającym pojęcia o komputerach i wyższej matematyce. W dziele naukowym takiego ładunku erudycji ogólnej — także humanistycznej — i takiej porcji delikatnego i abstrakcyjnego poczucia humoru nie spotkałem po prostu nigdy. W dodatku rzecz jest absolutnie bezbłędna z punktu widzenia dydaktyki; zawarte w książce ćwiczenia i zadania są skomponowane tak precyzyjnie, że przydadzą się każdemu — od studenta pierwszego roku, do szukającego tematu dysertacji kandydata na doktora.

I jeszcze słowo: Donald Knuth jest nie tylko genialnym informatykiem i wielkim matematykiem. Jest też świetnym muzykiem: pianistą i organistą. Latami całymi był zastępcą etatowego organisty w kalifornijskiej Pasadenie. Wielkie organy o 812 piszczałkach, specjalnie dla niego zbudowane, zainstalował we własnym domu już przed 30 laty, co nawet u przywykłych do ekstrawagancji Amerykanów wzbudziło sensację.

Przedmowę do „Sztuki programowania" kończy Knuth cytatem (uwielbia je; mnóstwo bardzo dowcipnych, głębokich i kongenialnie dobranych do tekstu jest w książce) z Thomasa Carlyle'a: „Treść książek to banał. Życie samo w sobie jest wspaniałe". Obejrzawszy jednak serial sprawozdań z naszego Sejmu i posłuchawszy dziesiątków polskich polityków mam czelność się z nim nie zgodzić. Naprawdę, wolę książki. Zwłaszcza takie.

Data publikacji: 04-03-2005

<- Wróć do działu
Do góry