To. Studium przypadku


Działy   Wyszukaj

Marcin Orliński

W niniejszym tekście zamierzam poddać analizie, a także kilku eksperymentom, słówko „to". Cóż mi przeszkadza taki mały element języka, że postanowiłem napisać o nim tekst? Otóż, najkrócej i najogólniej, w pojęciu tym przecina się kilka metafizycznych struktur, które zdeterminowały myślenie człowieka Zachodu, zarówno myślenie nieanalityczne, jak i ściśle analityczne. Mowa tu m.in. o takich konstruktach tradycyjnej metafizyki jak: przedmiot, jedność, niepodzielność, zamkniętość, a także: sens, funkcja, źródło, istota, et cetera. W poniższej krytyce nie zamierzam pominąć zwłaszcza logiki, tak bezkrytycznie wielbionej przez pewną grupę współczesnych myślicieli. Nasze myślenie dobiega kresu, a najlepiej zdają sobie z tego sprawę informatycy teoretyczni, według których maszyny oparte na arche zera i jedynki, nigdy nie osiągną takich możliwości poznawczych jak umysł człowieka.

Skoro nie może się obejść bez paradygmatu (choć, jako wolnomyśliciel wolałbym unikać jakichkolwiek raz na zawsze przyjętych porządków), niech będzie to paradygmat analityczny. „Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu", brzmią słowa popularnej piosenki . Niech więc się dzieje analiza.

To w zdaniu może pełnić funkcję operatora. Odnosi się wtedy do innych rzeczowników lub do deskrypcji, wskazując pośrednio na pewne rzeczywiste przedmioty lub stany rzeczy. Np. „Wyszedłem z domu i zobaczyłem zjawę. Było to wielce traumatyczne przeżycie". Języki naturalne są na tyle plastyczne, że omawiany operator może zostać zamieniony na inny, odpowiednio oczywiście użyty: ono, coś, tamto itp., w zależności od kontekstu. W powyższym zdaniu to odnosi się do pewnego stanu rzeczy, który można by nazwać następująco: to, że zobaczyłem zjawę. Pomińmy tymczasem fakt, że ów stan rzeczy zostaje tutaj utożsamiony z pewnym przeżyciem . Istotne wydaje się zamknięcie, którego dokonuje nasz operator: skomplikowany proces w umyśle, jaki miał miejsce zaraz po wyjściu z domu, zostaje oto uproszczony i zaklasyfikowany. Podobną funkcję operacyjną pełnią, jak sądzę, takie funktory jak: prze-to, za-tem, po-tem, o-to, w-tem, do-tąd itp., w których wyraźnie uwikłane jest nasze to. Są również przypadki, w których operator to jest ukryty. Np. „Nie mam pojęcia, o czym mówi Mistrz Eckhart".

Przenieśmy się w inny wymiar, jakim jest epistemologia. To pełni funkcję wskazywania. Jest najogólniejszym pojęciem, za pomocą którego możemy nazwać cokolwiek, na co wskazujemy, niezależnie od preferencji ontologicznych: „To jest drzewo", „To jest Archanioł Gabriel", „To jest liczba Pi". Rzecz jasna, nie chodzi tu tylko o to jedno słówko. To jest bratem wszystkich pojęć ogólnych, które od czasów Sokratesa opanowały całą grecko-łacińską logosferę. Wszyscy doskonale wiemy, na czym polega tworzenie pojęć ogólnych. Istotą ich masowej produkcji jest proces abstrakcji. Do mętnej zasady podobieństwa dodajemy postulat o istnieniu cech. Cechy dzielimy na istotne i przygodne. Przykładamy wszystko do tak zwanej empirii. Cechy przygodne odrzucamy. Zbieramy do worka cechy istotne i wołamy: „zając!", jak byśmy rzeczywiście pochwycili zająca. Jeśli ktoś jednak lubi abstrahować (a jestem przekonany, że jest to hobby większości bohaterów książek z zakresu historii filozofii), nie musi kończyć zabawy na tym: wystarczy przecież odjąć jeszcze kilka tak zwanych „cech", aby powstała na przykład nazwa byt albo nazwa przedmiot albo nazwa substancja albo nazwa to.

Język jest w takich wypadkach sprzymierzeńcem. Wystarczy się przyjrzeć strukturze języków naturalnych , aby dostrzec, że mają one charakter atomiczny. Język składa się z atomów. Znak jest kamieniem, zamkniętym, niepodzielnym, dzielnie strzegącym swojej tożsamości. „Nie ma istności bez tożsamości", powiada Quine. Dziwne, że żadne dotychczasowe analizy nie próbowały się skupić na deklocyzacji samego narzędzia. Winą obarczyć należy gramatyki języków europejskich, gramatyki wyrosłe z gramatyk klasycznych.

Nie koniec na strukturze. Istnienie znaku w języku jest, jak sądzę, odzwierciedleniem przed-(lub po-)językowego przekonania, że znakowi odpowiada jakiś rzeczywisty obiekt (niezależnie od statusu ontycznego tego obiektu i niezależnie od tego, co mamy na myśli mówiąc, że czemuś on odpowiada). Istnienie rzeczownika jest związane z niejawnym założeniem, że istnieją rzeczy . Sytuacji nie zmienia, w moim przekonaniu, proponowane przez Quine'a przekształcenie wyrażenia rzeczownikowego w predykat (np. zamiast mówić „królik" mówilibyśmy „coś, co królikuje"). Przekształcenie takie nie zmienia zasadniczo struktury ontologicznej przedmiotu, o którym mowa. Predykaty można orzekać tylko o pewnych indywiduach. Poza tym sam predykat ma strukturę zamkniętą.

Istnienie zdania, a więc uporządkowanego według pewnej reguły gramatycznej ciągu znaków zakończonego kropką, jest z kolei związane z założeniem, że istnieje jakaś sytuacja, jakiś fakt, czy jakieś zdarzenie, które przebiega w czasie . Czyż nie z takiego założenia wychodzi zarówno Arystoteles jak i wczesny Wittgenstein? Bezkrytycznie ufamy przecinkom i wykrzyknikom. Jakaś rzecz, jakaś sytuacja, jakiś fakt, jakieś zdarzenie są na gruncie naszej kultury pewnymi zaklętymi całościami. Osobowość sokratyczna, a jestem przekonany, że w każdym Europejczyku jest coś z Sokratesa, ma skłonność do czynienia takich abstrakcji i do takiego porządkowania. Do tej postawy zmusza zarówno język jak i cała kultura, w którą jesteśmy wrzuceni.

Jedną z głównych myśli późnego Wittgensteina można sprowadzić do tezy, że metafizyka jest cieniem gramatyki . Peter Hacker zauważa na przykład, że „(...) szeroko rozprzestrzenionym źródłem zamętu jest nasza skłonność do poszukiwania podmiotów ontologicznych. Pojęcie wyrażenia rzeczownikowego, którym się posługujemy, jest skonstruowane według wzorca nazwy podmiotu ontologicznego. Stąd poszukiwanie podmiotu dla każdego rzeczownika staje się naturalną skłonnością, która wzmaga się, gdy ubieramy nasze filozoficzne, pojęciowe pytania w formę pytań o byty, na przykład: czym jest długość? co to jest znaczenie? co to jest liczba? Zamiast: co jest wyjaśnieniem znaczenia?, jak mierzy się długość? jak używa się wyrażeń liczbowych?". Trop Hackera jest dobry, choć można by postawić kropkę nad "i", czego nie uczynił omawiany autor, i wyeliminować z pytań słowo „co?", które zawsze w jakiś sposób wyznacza ontologię odpowiedzi.

Wydaje mi się, że nie ponosimy jednak winy za skłonność, która niepokoi cytowanego autora. Język nie jest nam dany po to, aby nas mamić i sprowadzać na metafizyczne manowce . Według językoznawców kognitywnych, takie wyrażenia jak metafory stanowią istotny, jeżeli nie podstawowy element języka. Co więcej, posługiwanie się językiem metaforycznym jest konieczne zawsze tam, gdzie nie mówimy o stanach rzeczy, których doświadczamy bezpośrednio. George Lakoff i Mark Johnson wyodrębniają tzw. metafory ontologiczne. Są to te wyrażenia, które czynią przedmiot z czegoś, co faktycznie przedmiotem nie jest, np. lęk, nadzieja, inflacja, liczba, zamęt, rzeka, proces, początek, zmysł, itd. Z innych pobudek i zapewne ze względu na inne cele, wypowiadał się na temat rzeczowników Tadeusz Kotarbiński . Według niego możemy, oczywiście, używać słów takich jak „naród" czy „społeczeństwo", wolno nam to jednak robić, o ile nie sądzimy, że istnieje jakiś byt metafizyczny będący desygnatem słowa „naród" czy „społeczeństwo".

Historia filozofii obfituje w „totność". Być może jedność jest podstawowym doświadczeniem filozoficznym, jak chce tego Etienne Gilson . A może chodzi o pewien nałóg, o ślepą miłość, która nie jest już umiłowaniem mądrości, ale umiłowaniem a-to-mu. Jeżeli ta miłość jest ślepa, to towarzyszyła nam już od starożytności, od Sokratesa pojęć ogólnych, przez platońskie idee, arystotelesowskie formy, chrześcijańskiego Boga i chrześcijańską duszę, kartezjańskie cogito, humowskie impresje i idee, kantowskie kategorie, fregeowskie funkcje i zbiory, aż po wittgensteinowskie fakty. To jest prawdą, a tamto jest fałszem. To jest czerwone, a tamto jest przyczyną owamtego. Podejrzewam, że nie tylko tradycyjna metafizyka jest „teatrem pudełkowym" . „Rzeczopochodność słów" można odnaleźć w większości współczesnych dyskursów, także w filozofii analitycznej, a przynajmniej tych jej dziedzinach, które opierają się na atomizmie logicznym Russella czy Wittgensteina.

Z jednej strony istnieje ciągłe zagrożenie od strony słówka to, które może być synonimem na przykład dla nazwy x, z drugiej — mimetyczny schemat, zafundowany jeszcze przez Sokratesa, Platona i Arystotelesa . Formułę "istnieje takie x, że (x jest P i x jest Q)" można bowiem interpretować następująco: "istnieje taki przedmiot, który jest nosicielem cech P i Q" (perspektywa ontologiczna) albo "istnieje rzecz sama w sobie, nieuchwytne Iks, które jawi się w postaci fenomenów P i Q" (perspektywa epistemologiczna).

Zatomizowanemu myśleniu Zachodu nie pomógł rozwój logiki. Wprost przeciwnie — logika dokonała kolejnych uproszczeń i spustoszeń. Ci, którzy z zazdrością patrzyli na sukcesy nauk szczegółowych, zwłaszcza fizyki, chcieli za wszelką cenę stosować jej narzędzia do własnych celów. I tu, jak sądzę, zaszła największa pomyłka. O ile bowiem fizyka ma prawo odnosić sukcesy (a odnosi je, gdyż, po pierwsze, na bieżąco dokonuje empirycznych weryfikacji wszystkich swoich twierdzeń, po drugie, dokonuje atomowych metaforyzacji tylko w stosunku do pewnych empirycznie mierzalnych fragmentów rzeczywistości), o tyle filozofia zupełnie arbitralnie przejmuje jej paradygmat.

Stąd między innymi tyle problemów ontologicznych i epistemologicznych, na przykład problem z pojęciem znaczenia czy z pojęciem cechy. Nie jest istotne, czy winę ponosi sam język (metaforyzacja, jak sądzą kognitywiści, lub też idol atomu — jak sądzę na przykład ja) czy też specyficzne doświadczenie (doświadczenie jedności, jak chce Gilson, lub też arbitralne połączenie doświadczenia jedności z nauką o liczbach, jak sądzę na przykład ja). Paradygmat logiczny (mam na myśli przede wszystkim arbitralne założenie:istnieje x ) nie pozwala dobrze sformułować rozmaitych problemów związanych z pewnymi własnościami świata fizykalnego. Na przykład problemu związanego z ontyczną nieostrością przedmiotów. W pojęciu x zawarta jest jedność i niepodzielność. Paradoksalnie więc — dążność do ścisłości obezwładnia ową ścisłość. Wyraźny staje się jedynie obraz świata, nigdy natomiast sam świat.

Alfred Tarski nie wykluczał, że nowe doświadczenia fizyczne mogą „zmusić nas do zmiany podstawowych aksjomatów logiki". Problem pojawił się, gdy odkryto jawne sprzeczności pomiędzy teoriami, które opisują mikroświat (np. rozdźwięk pomiędzy teorią względności Einsteina i mechaniką kwantową, czy też sprzeczności z obrębu samej mechaniki kwantowej). Według niektórych myślicieli nie wiadomo, czy sprzeczności dotyczą struktury rzeczywistego świata, czy też po prostu języka, który jest zbyt ubogi, aby schludnie opisać faktyczną złożoność. Osobiście skłaniałbym się ku drugiej opcji: po raz kolejny zawiódł nasz język, a także - a może nawet bardziej — nasza skłonność do atomizowania. Być może nadzieję należy pokładać w innych logikach niż logiki klasyczne?

Z podobnych powodów nie dostrzegamy również, że granica pomiędzy przedmiotem a powietrzem lub próżnią (z perspektywy ontologicznej, jeżeli już deklarować określoną perspektywę) czy też pomiędzy przedmiotem a jego tłem (z perspektywy epistemologicznej) jest nieostra i że — dajmy na to — elektrony przelatują swobodnie pomiędzy przestrzenią wewnątrz przedmiotu i przestrzenią poza przedmiotem. Nie dostrzegamy, że słowa nie uchwytują rzeczywistych struktur materii , ale narzucają pewne schematy patrzenia na materię. My narzucamy pewne schematy. Nie jest już w tym momencie ważne, czy świat chcemy dzielić, jak Tomasz z Akwinu, na istotę i istnienie, czy też, jak niektórzy współcześni fizycy, na bozony cechowania i kwarki. Wybór pomiędzy ontologią liczb a ontologią — dajmy na to — krzeseł oznacza zawsze jakąś rezygnację. Jesteśmy skłonni szarpać rzeczywistość na sztuki, a wyszarpane kawałki bądź, jak Platon, dzielnie segregować na półkach, bądź, jak sofiści, podrzucać i patrzeć, jak mienią się w locie w zależności od pory dnia.

Nauki szczegółowe są być może bardziej uprawnione do atomizowania pola empirycznego. Pewność, jaką gwarantuje matematyka, jest zbyt pociągająca, aby z niej nie skorzystać. Jednak do pewnych rozstrzygnięć naukowych nie wolno podchodzić bezkrytycznie. Istnienie nauk szczegółowych zawdzięczamy tradycyjnej metafizyce. Platoński schemat mimetyczny, wedle którego intensywność istnienia jest wprost proporcjonalna do konstytuowanej w języku jedności i ogólności, jest obecny w pojęciu przyciągania grawitacyjnego. Niektórzy myśliciele, np. dwudziestowieczny fizyk Werner Heisenberg , próbują explicite porównywać kategorie tradycyjnej metafizyki z kategoriami współczesnej fizyki. Podobne próby unaoczniają, że energia w fizyce XX wieku (a w najnowszych teoriach może to być np. superstruna lub informacja) ma ten sam status funkcjonalny (a może i ontyczny), co Arystotelesa substancja (ousia). Myślenie przebiega w zasadzie w identyczny sposób: coś jest źródłem (podstawą), a coś - przejawem.

Co można i trzeba wobec tego zrobić? Sądzę, że należy krytycznie patrzeć na to, w jaki sposób myślimy. Tam, gdzie można, należy dokonywać szczegółowych analiz językowych, szczególną uwagę zwracając na wszelkie konstrukty budzące choćby najmniejszą obawę, że mogą być idolami. Pracy nie można ograniczyć do jednej metody, bowiem jedność, jakkolwiek pojmowana, jest najokrutniejszym wrogiem prawdy. Analiza logiczna nie może mieć w związku z tym mono-polu metodologicznego. Deklocyzacja jest ostatecznym horyzontem myślenia, o ile chcemy przybliżyć rzeczywistą złożoność świata. Język naturalny, jak wiemy między innymi z Dociekań filozoficznych Wittgensteina, jest na tyle dobrym narzędziem, że pozwala w dużej mierze realizować ów zamysł. Żaden bunkier nie ma na tyle twardych murów, aby nie można ich było rozkruszyć.

*

Dziękuję mgr Adrianie Schetz za sprawdzenie tekstu i krytyczne uwagi.

Data publikacji: 04-04-2004

<- Wróć do działu
Do góry