W poszukiwaniu zaginionego paradygmatu


Działy   Wyszukaj

Maciej Psyk

Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że lata swej świetności kościół papieski ma za sobą. Nie jest bynajmniej paradoksem, że większą trwogą napawa go sekularyzacja niż straty w wojnie religijnej z protestantyzmem, nawet gdyby stawką była eksterminacja, zarządzona wszak dla mieszkańców Niderlandów przez Namiestnika Chrystusa, Grzegorza XIV. Bo i cóż złego można powiedzieć o wojnie poza tym, że giną w niej ludzie, którzy i tak kiedyś by umarli ? Same wszak superlatywy, na czele z tą, że za tortury skutecznie zakończone śmiercią trafia się do elitarnego grona świętych-męczenników. Szczytem marzeń dla piękniejszej części tej VIP-owskiej w sensie religijnym kasty jest spełnienie lubieżnych pragnień o masochistycznym zniewoleniu, czego niedoścignionym wzorem na wieki wieków pozostanie zapewne święta Agata, pokazująca na witrażach jak kelnerka swe oderżnięte piersi. Nie, zaiste! Martyrologia jest nawozem dla gleby chrześcijaństwa, z czego doskonale zdawali sobie sprawę jego Doktorzy! Z tego też powodu Polacy tak lubują się w przegranych powstaniach i cyklicznych okupacjach oraz pomnikach „gloria victis". Polacy nie okupowani dłużej niż pół wieku wykazują wyraźne oznaki głodu martyrologicznego, objawiające się w cichej nadziei na okupację przez Brukselę, choć to już dygresja dobra na osobny tekst.

Dla powstania tak radykalnie antyhumanistycznej a mówiąc wprost — obłędnej - ideologii potrzebne było ślepe i niczym niezmącone przekonanie o prawdziwości wszystkich dogmatów katolickich na czele z ich jądrem czyli nauką o zbawieniu za posłuszeństwo.

Dla takiej religii — religii u szczytu potęgi — wszelkie zachowania typowe dla kapitalizmu takie jak zasady „frontem do klienta", „klient ma zawsze rację" a szczególnie pojęcie konkurowania są i muszą być obce. Warto zauważyć, że — porównując to do ekonomii — nie jest to nawet monopol. Monopole rzadko się lubi, nie mówiąc już o poświęcaniu się dla nich. Można im się jedynie z większą lub mniejszą niechęcią podporządkować. Dla religii samo upodobnienie się do monopolu jest początkiem jej końca. Jej stanem naturalnym jest sytuacja gdy to jej wierni muszą się jej podporządkować a nie odwrotnie. Religia, która nie ma tak oddanych sobie członków swe najlepsze lata ma już za sobą.

Wraz z upowszechnieniem i rozwojem wolnego rynku podważane są fundamenty tej zasady dlatego kapitalizm i religia (w wersji fundamentalistycznej rzecz jasna) są ze sobą sprzeczne. Nie deprecjonuje to wkładu protestantyzmu w jego powstanie i rozwój, jedynie zauważa, że wynikało to ze szczęśliwie zgodnej z jego Weberowskim „duchem" teologii. Żadne wyznanie protestanckie czy takaż sekta nie miały bowiem zamiaru jego zasad odnieść do siebie jako organizacji — a nawet nigdy tak o sobie nie myślały, co wszak warunkuje przyjęcie tej optyki.

Z powodów, które nie należą do tematu tego szkicu w połowie XX wieku model fundamentalistyczny uległ załamaniu. Wierni przestali być poddanymi swych kościołów. Rozpoczął się proces emancypacji spod władzy nakazów, zakazów i dogmatów. Dawny paradygmat przestał obowiązywać powszechnie, pozostając atrakcyjny dla coraz węższej części wiernych. Młodzi zaczęli traktować kościół jak jedną z instytucji zabiegających o to co jednostki mają do zaoferowania: pieniądze, głos wyborczy, czas, hobby, poglądy. W kapitalizmie relacja między jednostką a instytucją nie jest jednak pasożytnicza tylko symbiotyczna. Wymusza to zmianę relacji między wiernym a jego kościołem. Prowadzi także do czysto konkurencyjnej walki o wiernego zamieniającego się w klienta, którego zdobywa się przez wyjście do niego wszędzie gdzie jest, nie inaczej niż zdobywa się kredytobiorcę na którego kredytodawcy „polują" we wszystkich większych sklepach. Z tym papiestwo pogodziło się już na tyle, że katolicy przejmują zwyczaj Świadków Jehowy „głoszenia Ewangelii" metodą akwizytorów — „od drzwi do drzwi". Inne elementy urynkowienia religii, takie jak koncerty w kościołach, upodobnienie „pielgrzymek" papieża do tras koncertowych z identyczną histerią fanów czy redefiniowanie sacrum budzą jednak zrozumiały opór konserwatystów.

Trudno, by z kolejnej już ślepej uliczki Kościół katolicki wyszedł obronną ręką, skoro idealnej dla siebie relacji nie jest w stanie już wytworzyć a próby stworzenia nowego paradygmatu jako takie oznaczają przyznanie się do niemocy. W rezultacie obserwujemy postękiwanie konserwatystów i nieśmiały optymizm rzekomych liberałów w poszukiwaniu nowego paradygmatu używających tak odważnych słów jak „fajnie", „kocham was" a nawet „kurde". Guru progresistów jest brachol w Chrystusie Józek Glemp, który nie tylko nie wozi się lektyką (co papieże robili wszak przez większość jego życia), ale nawet raźno pedałuje na zwykłym rowerze, tyle tylko, że poświęconym. Tylko czekać aż założy poświęcone kimono i zapisze się na karate. Niestety na karate i jogę nadal nie chcą wydać nihil obstat fundamentaliści. Nic spójnego z tego nie wyjdzie, ale próbować można. Groteska w niczym wszak tu nie przeszkadza. Najbardziej cierpi na tym istota religii czyli sacrum, ale to akurat „reformatorom" poszukującym „nowych środków dotarcia", snu z powiek nie spędza. Reformują dalej.

Data publikacji: 29-07-2003

<- Wróć do działu
Do góry