Państwowe, czyli niczyje


Działy   Wyszukaj

Mariusz Agnosiewicz

Dzisiejszy system płac w Polsce jest mieszanką koczowniczego kapitalizmu z pozostałościami biurokratycznego socjalizmu. Trudno logicznie uzasadnić, dlaczego w jednej branży zarabia się więcej, w innej mniej. „Winny temu jest nie kapitalizm, lecz jego brak. Jeśli przyjmiemy, że właściwe dla kapitalizmu jest kształtowanie dochodów przez rynek, to warto sobie uzmysłowić, że w Polsce dochody nie więcej niż 15% społeczeństwa kreowane są przez ten mechanizm" . Przy całym szacunku dla trudu górników płaci się im nie za wyniki ekonomiczne, ale za miejsce wykonywania pracy. To samo dałoby się powiedzieć o całym przemyśle ciężkim, gdzie wynagrodzenia "mają w znacznej mierze charakter administracyjno-uznaniowy i są proporcjonalne do siły załóg oraz dojść i układów dyrekcji" .

Natomiast sektor prywatny, nie skrępowany żadnymi normatywami, z rzadka uzwiązkowiony, płaci tyle, ile uważa, że trzeba i warto.

Tymczasem większość ludzi wobec pracodawcy uznaje jedynie stosunek roszczeniowy. Zresztą nie ma się co dziwić: nauczeni pasożytowania na majątku wspólnym, państwowym, społecznym, nie mogą się pogodzić z brutalną rzeczywistością. Pasożytowanie na państwowym — czyli jak się myślało w PRL-u: niczyim — tak nauczona jest wielka część Polaków. Pracownicy sfery budżetowej, emeryci, pracownicy przedsiębiorstw państwowych uważają, że państwo ma im dawać bez względu na to, co oni sami dali mu albo dają z siebie. "Państwo ma być dajne" (Jacek Kuroń). Nie myślą tak, jak podatnik — żeby ograniczyć państwo i płacić mu jak najniższe podatki. Myślą logiką biorcy — rozszerzyć państwo, tak żeby im wszystko dało. Skąd weźmie — to jego sprawa.

Tu występuje bardzo niebezpieczna zbieżność postaw i oczekiwań nomenklaturowych kapitalistów oraz wielkiej grupy gospodarczo zupełnie biernych sierot po PRL-u. Jedni i drudzy są wyznawcami idei państwa dajnego. "Jedni czczą państwo jawnodajne — chcą z niego doić nie wypracowane pensje, zasiłki, zapomogi. Drudzy hołubią państwo skrytodajne — pod stołem rozdające kontyngenty, koncesje, przydziały i lewe kontrakty. Jedni chcą, żeby to państwo utrzymywało ich nierentowne zakłady, deficytowe miejsca pracy, sprzedawaną poniżej ceny produkcji energię i darmowe albo dotowane usługi społeczne. Drudzy domagają się ochrony swoich biznesów przed wolną konkurencją" (Jacek Kuroń). Ale w gruncie rzeczy walczą o to samo. Nadmiar państwa, które nie zawsze jest najlepszym regulatorem przepływu pieniądza.

Weźmy np. komisję trójstronną, która miała zracjonalizować wzrost płac (wcześniej rolę tę pełnił powszechnie znienawidzony popiwek). Wprawdzie negocjacje nie tworzą pieniędzy, co najwyżej je dzielą — trudno jednak powstrzymać się od uwagi, że mechanizm negocjowania płac rząd-związki zawodowe-pracodawcy szwankuje szczególnie tam, gdzie rząd jest jednocześnie pracodawcą (głównie służba zdrowia, edukacja). Często było tak, że negocjacje wyglądały następująco: związki mówią swoje, rząd swoje, wszyscy się rozchodzą a po paru dniach „impasu negocjacyjnego" pracownicy z różnych części Polski okupują Warszawę (przy większej wspaniałomyślności tylko ul. Wiejską).

Data publikacji: 06-07-2002

<- Wróć do działu
Do góry